Makaron z małżami i szpinakiem

2/18/2015
Co u mnie, pytasz? Och, wszystko wspaniale, oprócz tego, że mój laptop podupadł na zdrowiu, a jego leczenie okazuje się być niemałym wyzwaniem. Chciałam biało-miętowe cacko z podświetlaną klawiaturą, a teraz muszę płacić za babskie fanaberie. Czekam od rana na wiadomość z dwóch punktów serwisowych i ta niewiedza zaczyna mnie powoli lekko irytować. Ale spokojnie. To tylko obudowa, system jeszcze działa, mogę do was pisać. 

Po skończonej sesji i stu tysiącach pochłoniętych kanapek, włączyłam tryb kulinarnej bogini i codziennie rozpieszczałam się nowymi przepisami. Mój sprawdzony sposób na eksperymenty w kuchni: otwórz lodówkę i wykorzystaj resztki. W ten oto sposób stworzyłam pyszny makaron z grillowanymi małżami, które od jakiegoś miesiąca czekały na spożytkowanie.


MAKARON Z MAŁŻAMI I SZPINAKIEM 

100 g makaronu tagliatelle (np. takiego)
ok. 100 g grillowanych małży 
1/2 opakowania świeżego szpinaku
1 ząbek czosnku, pieprz, sól
łyżka orzeszków piniowych 

Małże odsączamy z zalewy i wrzucamy na rozgrzaną patelnię. Dodajemy pokrojony w cienkie plasterki czosnek, podsmażamy chwilę, po czym dorzucamy opłukany szpinak. Gdy liście zmiękną, wrzucamy ugotowany makaron, solimy i pieprzymy do smaku (możecie dodać też odrobinę chilli). Podsmażamy wszystko przez parę minut, po czym przekładamy na talerz i posypujemy orzeszkami piniowymi (będą jeszcze smaczniejsze, jeśli podprażycie je na suchej patelni).
 Banalnie proste, ultra-szybkie i naprawdę smaczne danie!


Czy jesteś pewien, że chcesz być filologiem?

2/17/2015
Nauka języka to fascynująca podróż w nieznane, odkrywanie coraz ciekawszych zakamarków odległej kultury. Każdy język rządzi się swoimi prawami, określonymi nie tylko przez sztywną gramatykę, ale zakorzenionymi głęboko w historii danego kraju. To, w jaki sposób ludzie zamieszkujący jeden obszar postrzegają rzeczywistość, przekłada się na system leksykalny całego społeczeństwa. Eskimosi używają ponad 20 słów na określenie śniegu, gdyż stanowi dla nich kluczowy aspekt życia codziennego. Dla Japończyków ziarna ryżu to kome, kleisty ryż ugotowany na sposób japoński nazywany jest gohan, zaś sypki, dobrze znany Europejczykom ryż określa się jako raisu. Nie tylko hierarchia zjawisk otaczającego świata odbija się na płaszczyźnie języka, ze słów i składni przebija również specyficzna mentalność każdego narodu. Japończycy w inny sposób konstruują wypowiedź kierowaną do przełożonego z pracy, innych wyrazów użyją w stosunku do młodszego brata czy bliskich przyjaciół. Przymierzając się do nauki obcego języka, musimy wziąć pod uwagę nie tylko ładnie brzmiące słówka i prostą gramatykę, ale również kulturę, historię i zwyczaje narodu, z jakim chcemy się w przyszłości porozumieć. 

Dla wielu studentów już pierwsze kilka tygodni na wydziale filologicznym jest sporym zaskoczeniem - oprócz zajęć stricte językowych, muszą uczyć się historii, filozofii, literatury, podstaw językoznawstwa. Spora grupa osób rozpoczynających naukę od zera nie nadąża z tempem przyswajania materiału i dość szybko decyduje się na zmianę kierunku. To naprawdę żaden powód do wstydu - studia filologiczne są trudne, wymagają mnóstwo czasu i poświęceń, a bez prawdziwej pasji staną się codzienną udręką. Mądrzejsza o własne doświadczenia z japońskim, przyklaskuję każdemu, kto wie, co chce osiągnąć i w porę decyduje o zmianie nielubionych studiów. Oczywiście zdarzają się przypadki, kiedy miłość do języka przychodzi po czasie, ale nie warto ciągnąć kierunku, który nie przynosi nam absolutnie żadnej satysfakcji.

Filologia to nie kurs języka. Będziecie musieli poświęcić dużo czasu na przedmioty, które mogą was wcale nie interesować. Zmierzycie się z fonetyką, historią języka, przekrojem literatury na przestrzeni wieków. Decydując się na studia filologiczne nie musicie zdawać wstępnych egzaminów - prawo do nauki od zera przysługuje każdemu, pamiętajcie jednak, że żaden wykładowca nie dostosuje tempa nauki do waszego poziomu znajomości języka, a nowe słówka zasypią was niczym confetti w Sylwestra. 90% sukcesu na filologii zależy od indywidualnej pracy w domu, silnej motywacji i zaangażowania. 

Zanim zdecydujecie się na studiowanie języka, poczytajcie przede wszystkim o kulturze kraju, z którym planujecie związać swoje życie. Jeśli zastanawiacie się nad japonistyką lub filologią włoską, polecam przed składaniem papierów lekturę tych dwóch książek: 


To, co najważniejsze

2/12/2015
Przez ostatnie dwa tygodnie czułam się jak robot zaprogramowany wyłącznie do nauki. Z początku wydawało mi się, że sesja na UJ będzie sporym ułatwieniem po morderczej batalii, jaką co semestr staczałam na japonistyce - tam uczyłam się do kilkunastu zaliczeń i egzaminów, więc marne sześć na filologii włoskiej powinno pójść jak z płatka. Różnica jednak polegała na tym, że w Krakowie nie uczyłam się dla samego zaliczenia, ale przyswojenia całej wiedzy najlepiej, jak potrafię. Rozpoczęliśmy trudny okres sesji kolokwium z włoskiego, a zakończyliśmy we wtorek egzaminem z literatury. W moim indeksie pojawiły się już wszystkie oceny i jestem z nich bardzo zadowolona, choć wiem, że są efektem naprawdę ciężkiej pracy. Notoryczne zmęczenie, stres i niewyspanie zaowocowały w dzień przed pierwszym egzaminem wysoką gorączką - zamiast powtarzać materiał, padłam ledwo żywa o 21. Rano wstałam z temperaturą ponad 38 stopni i bałam się wejść pod prysznic, by nie zemdleć. Zadzwoniłam do mamy i powiedziałam, że w takim stanie niczego nie napiszę, ale tuż po telefonie łyknęłam dwie polopiryny, wcisnęłam spodnie na tyłek i pojechałam walczyć. Chyba słusznie, bo egzamin zaliczyłam na piątkę. 

Wczoraj na stronie mojego Instytutu pojawił się nowy plan zajęć i od razu wywołał falę oburzenia. Nie będę ukrywać, wygląda złowieszczo, a najokrutniejsze po raz kolejny będą poniedziałki: pięć zajęć od 11 do 20, bez żadnej dłuższej przerwy. Fala nienawiści pod adresem nowego harmonogramu wzbierała w komentarzach na fejsbukowej grupie i ostatecznie doszliśmy do jednej słusznej racji: musimy częściej wychodzić na integracyjne piwo, żeby nie zwariować od natłoku zajęć. Po raz kolejny uświadomiło mi to, z jak pozytywnymi i cudownymi osobami przyszło mi teraz studiować. Wspieraliśmy się podczas nauki do sesji, wspieraliśmy w piciu po zdanych egzaminach. Potrafimy się zintegrować w każdej sytuacji, a każda wspólna impreza to kolejne plus dziesięć punktów do szczerej, italianistycznej miłości.


Rodzice zdradzili mi po maturze, że studia to najpiękniejszy okres w życiu młodego człowieka, jednak po pierwszych miesiącach na japonistyce, zaczęłam się zastanawiać, czemu mnie oszukali. Studia nie były fajne. Były trudne, ciężkie i bardzo stresujące. Okazało się, że niewiele wiedziałam o kulturze kraju, któremu miałam poświęcić całe przyszłe życie, nie znałam podstawowych zasad rządzących językiem, a co najgorsze - nie czytałam mangi i nie lubiłam anime. Być może to ostatnie przesądziło o braku bliskich znajomych na roku. Czułam się jak dziwoląg, uzasadniając decyzję o nauce japońskiego pobudkami czysto filologicznymi. Nie czytałam komiksów, nie słuchałam j-popu... Co ja właściwie robiłam na tych studiach? Choć cieszę się z uzyskanego dyplomu japonistki i zgłębienia tajników tej fascynującej kultury, do tej pory zastanawiam się, czemu nie zrezygnowałam wcześniej niż po trzech ciężkich latach licencjatu. Z jednej strony na pewno przesądzili rodzice, kibicujący moim warszawskim zmaganiom, po części zaś wiara w to, że jednak odkryję w Japonii swoje życiowe powołanie. Uczyłam się dużo, szło mi coraz lepiej, każdą sesję zdawałam bez żadnych poprawek, więc ciągnęłam studia, bo "głupotą byłoby przerwać naukę w połowie". Nie neguję absolutnie oczywistych zalet z poznania tak egzotycznego języka, jakim jest japoński, ale przestrzegam każdego przed wyborem kierunku, o którym nie ma zielonego pojęcia. Nie chodzi tylko o to, że umęczycie się nudnymi przedmiotami i szybko stracicie wszelką motywację, ale prawdopodobnie nie znajdziecie również pokrewnej duszy wśród osób studiujących z wami na roku. Mądruję się, bo naprawdę dobrze wiem, jak wygląda zmiana kierunku z takiego, który was męczy, na przynoszący wielką radość i pełną satysfakcję.

Teraz ja zdradzę wam sekret, który odkryłam dopiero 5 lat po maturze - studia to rzeczywiście najpiękniejszy okres, pod warunkiem, że spotkacie tam odpowiednich ludzi. Takich, z którymi chce się wyjść na kawę, na pizzę, prosecco, piwo, tiramisu. Ludzi o wybitnym poczuciu humoru, wpierających się nawzajem w trudnych chwilach sesji. Nie walczących o oceny, dzielących się notatkami, pozytywnych, otwartych i niesamowicie zgranych. Z takimi osobami nie straszna będzie nauka o deiksach, derywatach, dieresi i dyftongach, poradzisz sobie z poniedziałkowym wstawaniem o 6, a nawet z zajęciami do godziny dwudziestej. Jeśli jeszcze dodatkowo lubisz to, czego się uczysz - bingo, wygrałeś los na loterii, jesteś szczęśliwym człowiekiem. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
SZABLONY RZECZYLADNIEJSZE.PL