To, co najważniejsze

2/12/2015
Przez ostatnie dwa tygodnie czułam się jak robot zaprogramowany wyłącznie do nauki. Z początku wydawało mi się, że sesja na UJ będzie sporym ułatwieniem po morderczej batalii, jaką co semestr staczałam na japonistyce - tam uczyłam się do kilkunastu zaliczeń i egzaminów, więc marne sześć na filologii włoskiej powinno pójść jak z płatka. Różnica jednak polegała na tym, że w Krakowie nie uczyłam się dla samego zaliczenia, ale przyswojenia całej wiedzy najlepiej, jak potrafię. Rozpoczęliśmy trudny okres sesji kolokwium z włoskiego, a zakończyliśmy we wtorek egzaminem z literatury. W moim indeksie pojawiły się już wszystkie oceny i jestem z nich bardzo zadowolona, choć wiem, że są efektem naprawdę ciężkiej pracy. Notoryczne zmęczenie, stres i niewyspanie zaowocowały w dzień przed pierwszym egzaminem wysoką gorączką - zamiast powtarzać materiał, padłam ledwo żywa o 21. Rano wstałam z temperaturą ponad 38 stopni i bałam się wejść pod prysznic, by nie zemdleć. Zadzwoniłam do mamy i powiedziałam, że w takim stanie niczego nie napiszę, ale tuż po telefonie łyknęłam dwie polopiryny, wcisnęłam spodnie na tyłek i pojechałam walczyć. Chyba słusznie, bo egzamin zaliczyłam na piątkę. 

Wczoraj na stronie mojego Instytutu pojawił się nowy plan zajęć i od razu wywołał falę oburzenia. Nie będę ukrywać, wygląda złowieszczo, a najokrutniejsze po raz kolejny będą poniedziałki: pięć zajęć od 11 do 20, bez żadnej dłuższej przerwy. Fala nienawiści pod adresem nowego harmonogramu wzbierała w komentarzach na fejsbukowej grupie i ostatecznie doszliśmy do jednej słusznej racji: musimy częściej wychodzić na integracyjne piwo, żeby nie zwariować od natłoku zajęć. Po raz kolejny uświadomiło mi to, z jak pozytywnymi i cudownymi osobami przyszło mi teraz studiować. Wspieraliśmy się podczas nauki do sesji, wspieraliśmy w piciu po zdanych egzaminach. Potrafimy się zintegrować w każdej sytuacji, a każda wspólna impreza to kolejne plus dziesięć punktów do szczerej, italianistycznej miłości.


Rodzice zdradzili mi po maturze, że studia to najpiękniejszy okres w życiu młodego człowieka, jednak po pierwszych miesiącach na japonistyce, zaczęłam się zastanawiać, czemu mnie oszukali. Studia nie były fajne. Były trudne, ciężkie i bardzo stresujące. Okazało się, że niewiele wiedziałam o kulturze kraju, któremu miałam poświęcić całe przyszłe życie, nie znałam podstawowych zasad rządzących językiem, a co najgorsze - nie czytałam mangi i nie lubiłam anime. Być może to ostatnie przesądziło o braku bliskich znajomych na roku. Czułam się jak dziwoląg, uzasadniając decyzję o nauce japońskiego pobudkami czysto filologicznymi. Nie czytałam komiksów, nie słuchałam j-popu... Co ja właściwie robiłam na tych studiach? Choć cieszę się z uzyskanego dyplomu japonistki i zgłębienia tajników tej fascynującej kultury, do tej pory zastanawiam się, czemu nie zrezygnowałam wcześniej niż po trzech ciężkich latach licencjatu. Z jednej strony na pewno przesądzili rodzice, kibicujący moim warszawskim zmaganiom, po części zaś wiara w to, że jednak odkryję w Japonii swoje życiowe powołanie. Uczyłam się dużo, szło mi coraz lepiej, każdą sesję zdawałam bez żadnych poprawek, więc ciągnęłam studia, bo "głupotą byłoby przerwać naukę w połowie". Nie neguję absolutnie oczywistych zalet z poznania tak egzotycznego języka, jakim jest japoński, ale przestrzegam każdego przed wyborem kierunku, o którym nie ma zielonego pojęcia. Nie chodzi tylko o to, że umęczycie się nudnymi przedmiotami i szybko stracicie wszelką motywację, ale prawdopodobnie nie znajdziecie również pokrewnej duszy wśród osób studiujących z wami na roku. Mądruję się, bo naprawdę dobrze wiem, jak wygląda zmiana kierunku z takiego, który was męczy, na przynoszący wielką radość i pełną satysfakcję.

Teraz ja zdradzę wam sekret, który odkryłam dopiero 5 lat po maturze - studia to rzeczywiście najpiękniejszy okres, pod warunkiem, że spotkacie tam odpowiednich ludzi. Takich, z którymi chce się wyjść na kawę, na pizzę, prosecco, piwo, tiramisu. Ludzi o wybitnym poczuciu humoru, wpierających się nawzajem w trudnych chwilach sesji. Nie walczących o oceny, dzielących się notatkami, pozytywnych, otwartych i niesamowicie zgranych. Z takimi osobami nie straszna będzie nauka o deiksach, derywatach, dieresi i dyftongach, poradzisz sobie z poniedziałkowym wstawaniem o 6, a nawet z zajęciami do godziny dwudziestej. Jeśli jeszcze dodatkowo lubisz to, czego się uczysz - bingo, wygrałeś los na loterii, jesteś szczęśliwym człowiekiem. 

25 komentarzy:

  1. Miałaś jakąś przerwę po maturze? Co myślisz o tzw. gap year?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po maturze nie, poszłam na studia od razu. Zrobiłam rok przerwy po uzyskaniu dyplomu z japonistyki.

      Usuń
    2. Wszystko zależy od tego, czego oczekujesz od roku wolnego. Jeśli faktycznie nie masz bladego pojęcia, co studiować i co robić z życiem - odpocznij, odetchnij, wyjedź albo pracuj. Próbuj różnych rzeczy, zbieraj doświadczenia, a może uda Ci się odkryć prawdziwe powołanie ;)

      Usuń
    3. Dzięki ;*

      Usuń
  2. Czy na filologii na UJ trzeba na początku dobrze znać język?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma egzaminów wstępnych, więc możesz zaczynać od zera, ale wcześniejsza znajomość podstaw języka, na który się decydujesz na pewno pomaga.

      Usuń
  3. Nie myślałaś nigdy o studiowaniu za granicą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rozpoczęciu i ukończeniu studiów wyłącznie za granicą nie ;) Wcześniej myślałam przez chwilę o rocznym stypendium w Japonii, a teraz planuję skorzystać z możliwości wyjazdu na Erasmusa, niestety mogę to zrobić dopiero po drugim roku licencjatu.

      Usuń
  4. Tak bardzo rozumiem o czym piszesz... Z tym że ja wytrzymałam tylko niecały rok na nudnym, dobijającym mnie kierunku. :) Przeniosłam się na lingwistykę francusko-hiszpańską i każdego dnia jestem wdzięczna za tę decyzję i odwagę do podjęcia jej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brawo za odwagę! Najważniejsze to podjąć pierwszy krok w walce o własne szczęście :)

      Usuń
  5. A oprócz pewnej znanej blogerki, o której wszyscy wiemy, że zrezygnowała - dużo osób odpadło? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę przyznać, że sporo. Część zrezygnowała już na samym początku, parę osób w trakcie semestru, a kolejne zastanawiają się nad odejściem po sesji.

      Usuń
    2. A to ciekawe! U mnie zrezygnowała jedna jeszcze przed sesją, ja rezygnuję po, albo nawet po zakończeniu drugiego semestru. Może to dlatego, że moje studia są nieco łatwiejsze :)

      Usuń
    3. pewna znana blogerka- masz na myśli Weronikę Z? na prawdę zrezygnowała? :O

      Usuń
    4. Tak, Weronika zrezygnowała już dawno temu.

      Usuń
  6. To ja jestem szczęśliwym człowiekiem! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dlaczego akurat język włoski? :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Marto kochana, jak u Ciebie wygląda jedzenie? Tzn wiem, że jesz zdrowo, ale powiedz mi czy są dni kiedy całkowicie odpuszczasz? Wracasz później na 'zdrowe tory' bez problemu? Nie masz wyrzutów sumienia? I jak u Ciebie wygląda 'odpuszczanie'? Masz wtedy jakiś limit? Pytam, bo sama 'pracuję' w modelingu, ale nie umiem sobie pozwolić na takie dnie, a jeśli już się coś zdarzy to mam wyrzuty sumienia. Co radzisz?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem już od dłuższego czasu na diecie, jem zdrowo, bo lubię, ale codziennie popełniam jakieś "dietetyczne grzeszki". Nie liczę kalorii, nie planuję wcześniej posiłków, jem to, na co mam ochotę i co akurat znajduje się w lodówce ;)

      Nie istnieje żadna złota rada, którą mogłabym Cię wspomóc. Trzymanie diety zawsze silnie oddziałuje na naszą psychikę i niestety przestajemy funkcjonować normalnie - myślenie o jedzeniu zbacza ze zdrowego toru, a głowę zaprzątają nam wyrzuty sumienia. Pamiętaj, że lepiej pozwolić sobie na małe grzeszki co dwa-trzy dni, niż bez przerwy odmawiać wszystkiego. Któregoś dnia pękniesz i zamiast jednego kawałka ciasta, pochłoniesz kilka tysięcy kalorii.

      Usuń
    2. Pozwól sobie na odstępstwa od diety, ale zamiast zamartwiać się tym, co właśnie zjadłaś, kup karnet na siłownię albo idź pobiegaj.

      Usuń
    3. Wlasnie problem w tym, że na codzień nie pozwalam sobie na odstępstwa (musze schudnac 2-3kg), a czasem zdarza się dzien, w którym wgl nie patrzę co jem. No i wtedy pojawiają się wyrzuty sumienia..

      Usuń
  9. nawet nie wiesz jak świetnie cię rozumiem! ;) też studiowałam japonistykę i też nie wiadomo po co dociągnęłam aż do licencjatu...nie jestem fanką infantylnej japońskiej muzyki i anime, więc łatwo się domyślić, że z ludźmi na roku nie tworzyłam zgranej paczki... jedyne osoby z którymi dogadywałam się na roku albo zrezygnowały po 1-2 roku, albo też dociągnęły do licencjatu i o magisterce ani myślą ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Jakbym czytała o sobie, tylko mój problem dotyczy profilu w liceum... Bardzo interesuje sie językami, tym całym procesem nauki języka, a wylądowałam w klasie o profilu mat-geo...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
SZABLONY RZECZYLADNIEJSZE.PL