Czy modeling szkodzi zdrowiu?

4/29/2014
Poniższe zdjęcie Anji Rubik z tegorocznego Tribeca Film Festival nie pozostawia chyba wątpliwości, że modeling szkodzi cerze - setki godzin spędzonych na pokładzie samolotów, przeskakiwanie między różnymi strefami czasowymi, sesje rozpoczynające się o 4 nad ranem... To wszystko prędzej czy później odbija się na delikatnej skórze twarzy, nieprzystosowanej do tak nieregularnego trybu życia, jaki prowadzą topmodelki. 

Pierwszym czynnikiem, który wyjątkowo źle oddziałuje na cerę młodej kobiety jest notoryczne i regularne niedosypianie. Zarwane noce są nie tylko wyznacznikiem rozchwytywanej przez klientów, wiecznie zapracowanej modelki, ale również szalonej imprezowiczki, która na liście fejsbukowych znajomych kolekcjonuje pijarów ze wszystkich modnych klubów. 

Kolejny czynnik to stres i (wbrew pozorom) źle zbilansowana dieta. Najlepszymi modelkami zostają moim zdaniem te dziewczyny, które nie przejmują się każdym potknięciem, nie rozdmuchują drobnych problemów i żyją według zasady "co ma być, to będzie". Sama do takich osób niestety nie należę - martwią mnie porażki, stresują samotne, dalekie podróże. Nerwy plus nieregularny tryb życia nie idą w parze z promienną, zdrową cerą. Dieta modelek to temat podszyty najczęściej tłustymi nićmi przesady, jednak prawdą jest, że znaczna część dziewczyn nie dostarcza swojemu organizmowi niezbędnych elementów i witamin. Nie jedzą sera, przechodzą na weganizm, a z grzesznych węglowodanów muszą się spowiadać. 

Modelki święte nie są. Imprezować możemy w każdym miejscu na ziemi i to praktycznie za darmo. Paczka Marlboro lightów wystaje na castingu z co drugiej torebki, a rzucanie w modelingu to dwukrotnie ciężka walka i trudniejsze wyzwanie - po pierwsze jest to praca szalenie stresująca, a po drugie w świecie mody palą prawie wszyscy. Przerwa na przysłowiową fajkę to świętość podczas sesji. Wtedy dopiero możemy porozmawiać z fotografem czy stylistą "off the record", lepiej poznać ekipę, z którą przyszło nam pracować. Papieros to przerywnik między castingami i pretekst na imprezie, by poplotkować poza klubem.

Makijaże na sesjach i pokazach mody również mogą negatywnie oddziaływać na skórę modelek. Niektóre dziewczyny są uczulone na poszczególne kosmetyki i zdarza się, że na sesję przychodzą z własną kosmetyczką. Ja zawsze obawiam się, czy pędzle po poprzedniej modelce zostały dokładnie zdezynfekowane, gdyż często po pracy na mojej skórze pojawiały się wypryski.

A co z naszym ciałem? Drastyczne diety, przetrenowanie, głodówki, najróżniejsze zaburzenia odżywiania. Do tego dochodzą problemy z kolanami, kręgosłupem i stopami, spowodowane wieloletnią pracą w niewygodnych szpilkach. Nasze stopy często są zdeformowane, sama cierpię katusze zakładając buty na obcasie, gdyż nabawiłam się przez modeling poprzecznego płaskostopia. Moja dobra przyjaciółka modelka od dawna boryka się z bólem bioder, inną zaś notorycznie meczą bóle pleców.

http://bi.gazeta.pl

Stali czytelnicy wiedzą już, że opisując pracę modelki nie owijam w bawełnę i walę prosto z mostu: tak, może być cudownie, tak, czasami jest bajecznie, ale modeling to przede wszystkim ciężka praca - fizyczna i psychiczna. Decydując się na wejście do świata Wielkiej Mody musimy uzbroić się w cierpliwość, nałożyć antydepresyjny pancerz i dbać nie tylko o swoje cenne ciało, ale równie piękną duszę.

#FIRST #TIME: kwestionariusz MIUMAG

4/27/2014
Chciałam zaprosić was dzisiaj na stronę internetowego magazynu Miumag.pl, gdzie przeczytacie o moich "pierwszych razach" w modelingu... i nie tylko ;) Jestem bardzo wdzięczna MIUMAG za owocną współpracę i mam nadzieję, że kwestionariusz was choć trochę zaciekawi. Link do artykułu poniżej: 


fot. Borys Makary

Closest to being naked // Inspiracje

4/25/2014
“I wanted to give a woman comfortable clothes that would flow with her body.
 A woman is closest to being naked when she is well-dressed.” 
                                                                                                            ― Coco Chanel



Na talerzu modelki: kozia sałatka

4/24/2014
Jedna z najlepszych, jakie jadłam! Bardzo zdrowa i pożywna. Podany przepis urozmaiciłam jeszcze później o dwie łyżki ugotowanej kaszy jaglanej, której nie wykorzystałam do koktajlu (przepis również niebawem na blogu), ale w takiej wersji jak na zdjęciu również smakuje wyśmienicie. 


KOZIA SAŁATKA

sałata lodowa + rukola
1/3 opakowania twardego sera koziego
kilka czerwonych winogron
kiełki brokuła
kawałek pieczonego indyka
garść orzechów włoskich
szczypta soli
sos:
łyżka miodu, łyżka oliwy
łyżeczka zimnej wody
świeżo zmielony pieprz
łyżka musztardy

Sałaty, kiełki oraz pokrojone składniki umieszczamy w naczyniu. Posypujemy odrobiną soli oraz orzechami włoskimi. Do małego słoiczka wlewamy łyżkę oliwy, miodu, wody, dodajemy musztardę i świeżo zmielony pieprz. Zakręcamy słoik i energicznie potrząsamy do momentu połączenia składników. Polewamy sosem sałatkę tuż przed podaniem. Smacznego!

Na co warto wydać więcej? (1)

4/23/2014
Dostałam od Was ostatnio pytanie, czy na blogu pojawią się posty dotyczące mojego stylu, ulubionej torebki, najczęściej używanych perfum. Po dłuższym zastanowieniu postanowiłam delikatnie rozszerzyć tematykę bloga - nie tylko o więcej osobistych przemyśleń, doświadczeń, literackich tekstów, ale o tematy luźniej związane z branżą modelingu. Dlaczego? Moja "kariera" po powrocie z Japonii zdecydowanie zwolniła, wyprowadziłam się z Warszawy i na kilka miesięcy osiadłam w rodzinnej Częstochowie. Zajmuję się codziennymi sprawami: chodzę na poranne zakupy, ćwiczę na siłowni, obserwuję mieszkańców, testuję nowe potrawy, umawiam się na piwo ze znajomymi. Jest inaczej, ale dobrze. Moim nadrzędnym celem (zamiast gubienia centymetrów) stała się powtórka japońskich słów i znaków, gdyż w czerwcu podchodzę do egzaminów wstępnych na studia magisterskie w Krakowie. Do Warszawy nie wracam, wyjeżdżać na zagraniczne kontrakty nie będę już w stanie, ale chciałabym dalej prowadzić dla Was bloga. Stąd też drobne zmiany, które będę pomalutku przemycać na stronę, ciut więcej prywaty, porad i przepisów. Mam nadzieję, że nie zniechęci to Was do odwiedzania wieszaka i zostaniecie ze mną jeszcze trochę dłużej!

Dzisiejszym postem rozpoczynam nowy cykl na na blogu "Na co warto wydać więcej?". Mam zamiar otworzyć przed Wami wnętrze mojej szafy, szuflady, szkatułki, kosmetyczki i doradzić, co dla mnie warte jest wydania większej sumy pieniędzy, a na czym zdecydowanie wolę zaoszczędzić. Wielokrotnie zdarzało mi się żałować kupna produktu z tzw. wyższej półki, gdyż jego tańszy odpowiednik w 100% spełnił oczekiwania. Czasami zaś poskąpiłam grosza, co zaowocowało biciem się w pierś i otwieraniem portfela na nowo. Jeśli cykl przypadnie Wam do gustu, zostanie na dłużej ;) 


NA CO WARTO WYDAĆ WIĘCEJ?

1. BIELIZNA
Jeśli chcę, by bielizna została ze mną dłużej niż dwa prania, niestety muszę w nią zainwestować większą kwotę. Cierpliwie czekam więc na sezonowe obniżki w moich ulubionych sklepach: Intimissimi, Etam, Triumph. Jeśli Wasza waga nie skacze co pół roku o kilka kilogramów, to dobrze wykonana bielizna będzie Wam służyć przez kilka ładnych lat. Przy zakupie droższego biustonosza warto zwrócić się o pomoc do profesjonalistek (tzw. brafitterek), które pomogą dobrać idealny rozmiar.



2. PERFUMY
Jestem absolutną i totalną perfumiarą. Uwielbiam odkrywać nowe zapachy, zachwycam się eleganckimi flakonami. Uważam, że zapach definiuje człowieka, otacza go aurą apetycznej tajemnicy. Każde perfumy będą inaczej oddziaływać na skórze różnych osób, dlatego nie istnieją zapachy możliwe do podrobienia - to, jaka woń najpłynniej stapia się z zapachem naszej skóry, wyznacza charakter, który nas opisuje. Kiedyś wybierałam zapachy słodkie, owocowe, takie jak Forbidden Euphoria Calvina Kleina czy zielone jabłuszko od Donny Karan. Z biegiem lat zaczęły do mnie przemawiać aromaty kwiatowe, pudrowe, cięższe, bardziej egzotyczne. Rozkochałam się w różanych Bvlgari, eleganckich Versace, nieoczywiście słodkich propozycji od Escady. Moje ostatnie wielkie i płomienne miłości to: Chloé, Si Armaniego oraz klasyczny już Angel Thierry'ego Muglera. 


Kiedyś

4/18/2014
18 kwietnia 2014
Kiedyś.
Miałam więcej znajomych.
Nie zasypiałam na imprezach.
Nie tyłam po kilku dietetycznych wpadkach.
Grałam w szkolnych przedstawieniach.
Chciałam być aktorką.
Czytałam minimum książkę tygodniowo.
Pisałam krótkie wiersze.
Zaplatałam kolorowe bransoletki.
Plotkowałam na potęgę.
Miałam krzywe zęby.
Wisiałam na trzepaku.
Chciałam zrobić tatuaż, ale nie wiedziałam, jaki.

Czasami zazdroszczę prostym ludziom, słomianym polaczkom cudaczkom. Ich myśli nie błądzą po niebezpiecznych terenach, nie zapuszczają się w melancholijne obszary. Prostota takiego buraczanego umysłu zwalnia jego posiadacza od werterowskich smutków, nie budzą się w nim nigdy rozpłakane demony.

Czasami myślę, że im człowiek mądrzejszy, tym mniej odporny na myślenie o przyszłości. 

Logo festiwalu Sacrum Profanum

Grubnij z Ewą

4/17/2014
Nigdy nie byłam zwolenniczką ćwiczeń opracowanych przez Ewę Chodakowską, gdyż zwyczajnie nie pasuje mi formuła prawie godzinnego treningu na płycie. Jeśli chodzi o ćwiczenie z youtubem, to jestem wielką fanką filmiku 8 min buns, ale dłuższe zestawy nudzą mnie i męczą. Wolę domowy stepper i ukochaną siłownię, do której chodzę niezmiennie od czasów liceum. Cały medialny szum wokół Ewy działa mi mocno na nerwy, gdyż więcej mówi się ostatnio o jej nawiedzonych fankach oraz bójkach na fanpage'u, niż o faktycznych osiągnięciach kontrowersyjnej trenerki - niezależnie od tego, czy faktycznie brak jej odpowiedniego wykształcenia, Ewa była i jest "trenerką polskich serc", a jej wkład w motywację kobiet do wstania z kanapy zasługuje na uznanie. Do tej pory byłam wobec Ewy zupełnie neutralna, doceniałam pracę, którą wykonuje najlepiej jak potrafi, ale nie ćwiczyłam przy jej programach, nie śledziłam medialnych kampanii. Tak było aż do dzisiaj, kiedy w moje ręce trafiła nowość od marki OSHEE - napój izotoniczny przeznaczony dla kobiet. Zazwyczaj staram się wybierać wodę zamiast napojów w kolorze gumy balonowej, których skład jest dłuższy niż Trylogia Sienkiewicza, ale od czasu do czasu po drodze na siłownię, skuszę się na kolorowego izotonika (OSHEE w wersji ZERO przynajmniej nie ma kalorii...). Nowa butelka od razu rzuciła mi się w oczy - napój ma odcień różowej landrynki, a z etykiety uśmiecha się wysportowana trenerka. Już chciałam wpakować Ewę do swojego koszyka, ale stałym zwyczajem postanowiłam uprzednio prześledzić skład napoju.


http://bwpr.pl

Na stronie http://bwpr.pl/ czytamy:

OSHEE PINK to pierwszy w Polsce izotonik dedykowany kobietom. To niegazowany napój funkcjonalny o orzeźwiającym smaku różowego grejpfruta. Charakteryzuje się stężeniem osmotycznym zbliżonym do płynów ustrojowych człowieka, więc szybciej niż woda, soki, czy inne napoje wchłaniany jest przez organizm. OSHEE PINK optymalnie nawadnia i dodaje energii. W swoim składzie ma glikozydy stewiolowe, czyli substancję słodzącą pochodzenia naturalnego (ekstrakt ze stewii), której kaloryczność jest bliska zeru i nie podnosi poziomu cukru we krwi. Napój zawiera także witaminy: B3, która zmniejsza uczucie zmęczenia i znużenia, B5 pomaga w utrzymaniu sprawności umysłowej, B6 wspomaga układ odpornościowy oraz B7 nazywaną biotyną, która wspiera prawidłowe funkcjonowanie układu nerwowego, a także pomaga zachować zdrową skórę i włosy.

„Zdecydowałam się na współpracę z OSHEE PINK, bo to produkt słodzony stewią a do tego dobrze wygląda i jeszcze lepiej smakuje .” – mówi Ewa Chodakowska i dodaje – „W walce o wymarzone ciało nie wolno zapominać o odpowiednim nawodnieniu organizmu. To podstawa prawidłowego funkcjonowania m.in. mięśni. OSHEE PINK pomaga uzupełnić utracone w trakcie treningu wodę i elektrolity. Zapobiega też szybkiemu zmęczeniu.”

Marka OSHEE zdecydowała się na współpracę z Ewą Chodakowską, ponieważ jest ona, podobnie jak OSHEE PINK skuteczna. Trenerka ponad drakońskie diety przedkłada zdrową porcję ruchu, a swoją działalnością nakłoniła wiele kobiet do zmiany trybu życia.
http://www.biutiqa.pl/
Pieniądze i sława są oczywiście fajne, warte poświęceń i kompromisów. Czy jednak trenerka fitness publikująca zdrowe posiłki na swoim fanpage'u powinna promować napoje, których głównym składnikiem jest cukier oraz chemia? Pisałam Wam już kiedyś o kłamliwych etykietach produktów typu slim, fit, diet - wierzymy w ładne słowa, kolorowe obrazki, a w rzeczywistości wcinamy bez wyrzutów sumienia ukryty w składzie syrop glukozowy-fruktozowy oraz inne szkodliwe paskudztwa. Wniosek nasuwa się więc tylko jeden: zawsze musimy czytać etykiety, niezależnie od tego, czy spogląda z nich na nas smukła, wysportowana, uśmiechnięta trenerka.  

#wieszaknadetoksie (2)

4/14/2014
Wiecie już na pewno, że uwielbiam wrapy i często stanowią one w moim menu pyszny zamiennik dla chleba. Dzisiaj chciałam podzielić się z Wami dwoma przykładowymi zestawami składników, którymi ostatnio nadziewałam pełnoziarniste placki. Na deser proponuję zdrowy koktajl z mango i roszponki.

WRAP Z HUMMUSEM I WARZYWAMI

kilka plasterków cukinii
pomidor, papryka, pieczarki
kiełki rzodkiewki, roszponka
oliwa z oliwek
pieprz, sól,
hummus domowej roboty

Plasterki cukinii smarujemy oliwą z oliwek, posypujemy solą oraz pieprzem. Pieczarki myjemy, oczyszczamy, kroimy w plasterki i razem z cukinią przekładamy na patelnię grillową. Grillujemy do momentu, aż warzywa zmiękną i nabiorą koloru. Wnętrze placka smarujemy obficie hummusem, do środka wkładamy roszponkę, kiełki, plasterki pomidora, papryki oraz grillowane warzywa. Zawijamy w ulubiony kształt i zajadamy ze smakiem :)




WRAP Z ŁOSOSIEM I POMIDORAMI SUSZONYMI

kilka plastrów wędzonego łososia
serek kremowy (np. Philadelphia lub Emilka)
kilka pomidorów suszonych w zalewie
rukola lub roszponka

Tym razem wnętrze placka smarujemy kremowym serkiem. Nakładamy do środka łososia, sałatę oraz suszone pomidory. Doprawiamy pieprzem i zwijamy. Połączenie idealne!

http://www.chobotdesign.eu/


SMOOTHIE Z MANGO I ROSZPONKĄ

1 dojrzałe mango
garść roszponki
mleko sojowe (może być krowie)

Mango kroimy na kawałki, przekładamy na blendera, dorzucamy garść roszponki. Zalewamy odpowiednią ilością mleka (ja wolę gęstsze koktajle) i dokładnie miksujemy. Jeśli mango nie jest wystarczająco dojrzałe, możecie dosłodzić łyżką miodu lub syropu z agawy. 

Kwietniowe inspiracje

4/13/2014
“The most courageous act is still to think for yourself. Aloud.” 
                                                             - Coco Chanel


Nowości w mojej kosmetyczce

4/12/2014

1. Płyn micelarny - do tej pory pozostawałam wierna słynnemu produktowi Biodermy, jednak zachęcona pozytywną recenzją na jednym z blogów postanowiłam dać szansę nowości od Garniera. Zdecydowanie nie żałuję! Płyn jest bardzo łagodny, wspaniale usuwa makijaż, nie uczula mojej skóry i przede wszystkim nie szczypie w oczy, jak większość jego poprzedników. Cena? Nieporównywalnie niższa, gdyż za butlę o pojemności 400 ml zapłaciłam ok. 15 zł. 

2. Krem odżywczo-nawilżający - okrutnie długo zbierałam się do jego kupna. Dlaczego? Cena zdecydowanie nie zachęca (tubka 75 ml kosztuje 75 zł), a tańsze alternatywy równie dobrze sprawdzały się na mojej skórze. Ostatecznie zdecydowałam się zamówić słynny francuski krem po powrocie z Japonii, kiedy moja ekstremalnie wysuszona cera błagała o nawilżenie i odpowiednie odżywienie. Krem jest faktycznie drogi, ale to zdecydowanie udana inwestycja. Niesamowicie wydajny, rewelacyjnie nawilżający. Moją mamę skusiły wszystkie ochy i achy, które wypowiadałam na temat nowej zdobyczy i i sama korzysta teraz z dwóch produktów z serii przeciwzmarszczkowej. 

3. Serum do rzęs - nie zrobiłam zdjęcia rzęs przed rozpoczęciem i po zakończeniu kuracji, ale myślę, że ich stan zdecydowanie się poprawił. Są na pewno gęstsze i bardziej wydłużone, choć efekt nie jest tak piorunujący, jak sobie wyobrażałam po przeczytaniu niektórych recenzji.

4. Róż do policzków - prezent od makijażystki. Mój pierwszy produkt od Bobbi Brown i na pewno nie ostatni. Ma śliczny ciepły odcień, a co najważniejsze pozostaje niezwykle długo na skórze. Używam go od paru miesięcy, a wygląda zupełnie jak nowy. 

5. Zalotka - nigdy nie przyszłoby mi do głowy używanie zalotki, gdyby nie to, że dostałam ją w gratisie przy zakupie innego produktu. Często miałam styczność z zalotką podczas sesji zdjęciowych, jednak przykładanie jej do oka napawało mnie obawą. Po wypróbowaniu po raz pierwszy w domowym zaciszu dosłownie oniemiałam. Co za efekt! Moje sterczące we wszystkie strony świata rzęsy nagle równo wystrzeliły do góry, a pomalowane maskarą wydawały się o 100% dłuższe. Od tamtej pory jestem absolutną fanką zalotki i nie wyobrażam sobie bez niej codziennego makijażu. 

Szara myszka

4/10/2014
Podpisanie kontraktu z agencją modelek nie oznacza, że w jednej chwili z lekko onieśmielonej życiem nastolatki staniemy się gwiazdą wybiegów i boginią seksu, prężącą swoje dumne ciało na okładkach gazet. Przed nami dopiero otwiera się szalenie długa, często wyboista droga do lukratywnych kontraktów, które pomogą uwierzyć w to, że nasza twarz jest jednak wiele warta. Jakiś czas temu miałam przyjemność udzielenia wywiadu dla portalu life4style.pl, w którym zapytano mnie między innymi o to, czy dziewczyna będąca tzw. "szarą myszką" ma jakiekolwiek szanse na karierę w modelingu. Fragment wywiadu poniżej:

Kto ma większe szanse? Dziewczyny, które idą „po trupach do celu” czy te nieśmiałe, skromne, „szare myszki”, które dopiero z czasem się rozwijają?
Nieśmiałość według mnie jest dużym problemem. Bywam nieśmiała, a praca w modelingu to przede wszystkim bazowanie na znajomościach z nowymi ludźmi. Bardzo stresującym momentem za każdym razem jest dla mnie wchodzenie do nowej agencji zagranicznej. Wchodzisz, siedzi kilkunastu bookerów i wszyscy patrzą na ciebie. Każdy ocenia, jak jesteś ubrana. Nieśmiałość jest przeszkodą, ale jej brak nie jest też gwarancją zrobienia kariery.

Czyli lepiej „pchać się” nawet tam, gdzie cię nie chcą, czy raczej trzeba być wyważonym, czekać aż ktoś cię zauważy?
Moim zdaniem nie warto się pchać, gdzie popadnie. Może jest to przepis, bo tam gdzie cię widzą, tam jest szansa, że cię zapamiętają. Na pewno też nie można stać na szarym końcu i uważać, że cię na coś nie stać i czekać na to, aż ktoś cię odkryje. Modelka ma mieć klasę. Dobrze jest się odezwać na castingu, coś skomentować, uśmiechnąć się do klienta, dać się zapamiętać, ale nie być bezczelną. Komentarz, nawet dotyczący pogody, ładnej torebki czy płaszcza pozwala na to, że klient widzi cię dłużej niż 2 sekundy i pomyśli: „O miła dziewczyna, dobrze by się z nią pracowało”. Strasznie skrępowane, zestresowane dziewczyny nie dostaną pracy.

[CAŁY WYWIAD TUTAJ: KLIK KLIK]

Jeśli mamy niezwykłe warunki fizyczne, ale boimy się otworzyć usta nawet przy najbardziej uśmiechniętym kliencie, to czy wciąż mamy szansę na karierę? Moim zdaniem nie, ale jest to na pewno indywidualna kwestia każdej nieśmiałej dziewczyny. Niektórym praca w modelingu pomaga w otwieraniu się na ludzi, w zawieraniu nowych znajomości i pokonywaniu stresu. Samotne podróże, przymus dogadania się z nieznajomymi zagranicą - to wszystko powoduje, że dziewczyna albo jeszcze bardziej zamknie się w sobie i prawdopodobnie rzuci modeling, by wrócić "na stare, lecz znajome śmieci", albo pójdzie w odwrotnym kierunku, sukcesywnie zdobywaną odwagą torując sobie drogę na sam szczyt. Być może to właśnie te "szare myszki" po kilku latach pozują najwytrwalej, wyzbywają się wszelkich zahamowań i cielesnego skrępowania. Z pewnością to właśnie te dziewczyny, które na modelingu wzrosły w siłę, a nie podupadły na duchu, będą pracowały najlepiej i najsilniej doceniały to, co podarował im łaskawy los. Dla osób chorobliwie nieśmiałych praca w świecie mody będzie nieustającą udręką, a przejście po wybiegu zamiast spełnieniem marzeń - stąpaniem boso po rozżarzonych węglach.

Czy istnieje zatem jakiś cudowny lek na nieśmiałość? Mnie osobiście modeling bardzo pomógł, lecz całkowicie nie wyleczył. Jedynym sposobem jest chyba tylko nieustanna walka z samym sobą. Nie musimy od razu stać się duszą towarzystwa, rozbrajać na imprezach serią złotych żartów, ale zawsze warto z kimś nowym porozmawiać - to ludzie dookoła budują nasze szczęście, na fundamencie wspólnych chwil, uśmiechów oraz wspomnień.

#wieszaknadetoksie (1)

4/09/2014
Ci z Was, którzy na bieżąco śledzą facebook'owy profil wieszaknawybiegu wiedzą już, że w poprzedni weekend kompletnie odpuściłam sobie wszelkie zalecenia dietetyków i odpłynęłam na falach roztopionego sera, przetworzonych tłuszczy i jeżynowego piwa. Po powrocie z wyjazdu czułam się fatalnie i to wcale nie ze względu na obawę ponownego wejścia na wagę - moje ciało było jakby spuchnięte, zmęczone i przeciążone. Postanowiłam dać organizmowi trochę wytchnienia po weekendowych szaleństwach i przejść na krótki (niezbyt restrykcyjny...) detoks. Muszę przyznać, że przygotowywanie nowych potraw dało mi bardzo dużo pozytywnej energii i postanowiłam dzielić się z Wami na bieżąco moimi zdrowymi przepisami. 

Enjoy today

4/07/2014
„I don’t have a plan for the next 10 years, I try to enjoy today. I will let life decide for itself.”
                                                                                             - Carine Roitfeld

7 kwietnia 2014
Dla niektórych powroty do rodzinnego miasta są niczym skazanie na banicję, odcięcie od świata żywych, zapadnięcie w sen zimowy. Podwórko z dzieciństwa staje się czarną dziurą, osiedlowe sklepy przyprawiają o ból głowy, stara szkoła nie budzi rzewnych wspomnień, ale przywodzi na myśl smak rozgryzanego pieprzu. Spotkania ze znajomymi obfitują w rozbujane rozmowy o tym, jak dobrze było uciec z tej dziury do stolicy. Mnie w domu jest póki co dobrze i spokojnie, bezpiecznie, niespiesznie, zupełnie bezstresowo. Dużo czytam, odwiedzam zapomniane biblioteki, wychodzę rano na zakupy i kupuję w piekarni świeżutkie pieczywo. Czasami wymagam od życia bardzo wiele, a niekiedy tak mało potrzeba mi do szczęścia. 

Cieszę się, że odkryłam piękno Wrocławia. To ciekawe miasto, dynamiczne, energiczne, choć brak mu pstrej krzykliwości stolicy. Można wmieszać się w tłum plecakowych turystów, można zaszyć się w gąszczu zielonych wysepek i godzinami śledzić połyskliwe cielsko rzeki. Odra rozcina miejską zabudowę i leniwie sunie wzdłuż własnego planu. Piękna, silna i dostojna, przypomina mieszkańcom o wyższości natury. 

Dobrze czasem spojrzeć na siebie oczami innych ludzi. Tych najbliższych i tych zupełnie przypadkowych. Uświadomić sobie, jak bardzo jesteśmy zatwardziali w zakurzonych sporach, jak niewiele nowych pomysłów przychodzi nam do głowy. Zrozumieć, że często chodzimy po omacku, nie wiemy nic na temat spraw, o których rozmawiamy, wykłócamy się wściekle o nieistotne duperele, a zamiatamy pod dywan to, co serio ważne.

Zdrowe śniadanie A&M: ryż w lekkiej odsłonie

4/02/2014
Mimo, że po pobycie w Tokio na pewien czas minęła mi ochota na spożywanie ryżu, to dzisiaj ten pożywny składnik wraca jako inspiracja zdrowego, lekkiego śniadania. Razem z Anitą postanowiłyśmy stworzyć owocowe wariacje na temat płatków ryżowych. "Płatki ryżowe to produkt otrzymany z ziaren ryżu poddanych działaniu pary wodnej, a następnie prasowaniu. Dzięki temu płatki charakteryzują się krótkim czasem przygotowania, nie tracąc przy tym swoich wartości odżywczych. Wysoko ceniony w dietetyce ze względu na niską zawartość tłuszczu i bogaty zestaw wartościowych składników odżywczych. Sprawiają, że czujesz się lekko i pełen energii przez cały dzień. Doskonały składnik zup mlecznych i deserów. Świetnie nadają się dla małych dzieci, osób starszych, alergików oraz osób cierpiących na celiakię i inne schorzenia przewodu pokarmowego." ŹRÓDŁO



Za co kocham Japończyków? (2)

4/01/2014
1. Szacunek do pieniądza
Japończycy wiedzą, jak sprawić, by klient w sklepie czuł się wyjątkowo. Nieważne, czy wydajemy na raz połowę naszej pensji, czy kupujemy jedną gumę do żucia - rytuał odprawiany przy kasie jest zawsze taki sam. Pracownik sklepu kłania się głęboko przyjmując pieniądze, z szacunkiem podnosi banknot do góry, upewniając nas, że widzi jaką kwotę przed chwilą otrzymał, na głos odlicza resztę i dwukrotnie pokazuje nam wydawane pieniądze, dzięki czemu klient ma już 100% pewność, że nikt go nie oszukał, a pracownik się nie pomylił. 

"Należność przyjmowana jest od klienta zawsze obiema rękami i z głębokim ukłonem. Tak samo wydawana jest reszta: głęboki ukłon i podanie banknotów obiema rękami. Można poczuć się jak władca, arabski książę, któremu wszyscy usługują i który jednym skinieniem palca posyła swoje usługi na wojnę. Fantastyczne uczucie - polecam każdemu, bo nawet najdokładniejsza opowieść o tym, że w Japonii jest się tak traktowanym w sklepie to jedno, a doświadczenie tego bezpośrednio to zupełnie inna sprawa." (fragment książki Tatami kontra krzesła Rafała Tomańskiego)


2. Ład i porządek
Fakt, że Japończycy cenią sobie porządek nie jest chyba dla nikogo zaskoczeniem, jednak mało kto wie, że na tokijskich ulicach z trudnością wypatrzymy nie tylko puste puszki po coli czy papierki po gumie do żucia, ale również niedopałki papierosów. Spacerujących po mieście palaczy mogą denerwować wymalowane na chodnikach znaki zakazujące palenie, jednak dla kogoś, kto przywykł do wąchania dymu z papierosa osoby idącej przed nim na ulicy, jest to wielka ulga i wspaniałe udogodnienie. Nikt nie zmusza nas w końcu do biernego palenia, nikt nie przypali papierosem w zalatanym tłumie, a na chodnikach nie musimy oglądać mało estetycznych niedopałków. Gdzie można palić? W specjalnie do tego wyznaczonych miejscach, "smoking areas" rozlokowanych po całym mieście. A jeśli koniecznie chcemy zapalić w niedozwolonym miejscu? Ostatecznością są przenośne popielniczki, do których strzepujemy popiół i wrzucamy nasze niedopałki. Takie popielniczki możemy kupić w każdym markecie czy sklepie kombini.



3. Estetyka jedzenia.
Japońskie jedzenie nie tylko zachwyca bogactwem smaków, ale również przykuwa nasz wzrok, zdumiewa, zaskakuje, jest prawdziwą sztuką, wyrażającą stosunek do świata Japończyków. Dania przygotowywane są z wielką czcią i niespotykaną precyzją. Na szczególną uwagę zasługują tradycyjne japońskie słodycze - miniaturowe arcydzieła, które wyglądają tak uroczo, że szkoda patrzeć, jak znikają nam z talerza.

"Co można powiedzieć o Japończykach, patrząc na typowy japoński posiłek? Przede wszystkim, że umieją zadbać o podanie jedzenia i że muszą poświęcać temu wiele uwagi. W Japonii nie ma miejsca na jedzenie rozmazane na talerzu, podane nieapetycznie. I nie ma znaczenia, czy chodzi o ciasteczko, czy porcję sushi - wszystko jest dopracowane w najmniejszych detalach. Wygląda to tak, jakby za przygotowanie odpowiedzialni byli specjaliści od mechaniki precyzyjnej, a nie zwykli kucharze. Japońska kuchnia na co dzień przypomina to, co hiszpański mistrz kuchni molekularnej, Ferran Adria, przygotowuje w swoim laboratorium, Japończycy potrafiliby przyozdobić nawet bigos i podać go tak, że ze zdumienia przecieralibyśmy oczy." (fragment książki Tatami kontra krzesła Rafała Tomańskiego)





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
SZABLONY RZECZYLADNIEJSZE.PL