Efekty pracy w Berlinie - Atelier Marcell von Berlin "ICONS"

1/30/2014

Atelier Marcell von Berlin "ICONS" from marcellvonberlin on Vimeo.

Gala UNICEF - Wszystkie kolory mody

1/29/2014
Odpalam wujka Google i wpisuję w wyszukiwarkę hasło: gala UNICEF. Kieruje mną bezczelnie naiwna nadzieja na odnalezienie zdjęć z trzech pokazów, które miałam wczoraj okazję współtworzyć. Niestety żaden portal nie jest skory odpowiedzieć na moje ciche prośby i jedyne obrazki, na które mogę popatrzeć to te, gdzie swoje wdzięki prezentują Natalia Siwiec oraz Doda. Na ściance. Wiadomo - charytatywnie.

fot. Marzena Górak
Mało tego, że nie pochwalę Wam się zdjęciami z trzech różnych pokazów, to na dodatek większość portali internetowych wczorajszy bankiet potraktowała jako wybieg dla poprzebieranych celebrytów. Oto jedyne rzetelne informacje, jakie udało mi się odnaleźć: 

Gale charytatywne na stałe weszły do kalendarza gwiazd, także w Polsce. To nie tylko dobra okazja do pokazania się, ale można jeszcze pomóc potrzebującym. Wczoraj w warszawskim hotelu Sheraton zorganizowano bankiet UNICEF Polska - "Wszystkie kolory mody". Z tej okazji zaproszono polskich projektantów, odbyły się pokazy mody ich ostatnich kolekcji i dodatkowo każdy z nich miał zaprojektować po dwie laleczki, które potem zostały zlicytowane. W akcję zaangażowali się: Łukasz Jemioł, Teresa Rosati, duet Bohoboco, Natasza Urbańska (jako Muses), Ewa Minge, a także Anja Rubik i marka Lilou. Kwota z aukcji szmacianych laleczek (62 tysiące zł), zostanie przeznaczona na kilka tysięcy szczepionek dla potrzebujących dzieci w Sierra Leone. W imprezie UNICEF udział wzięli: Doda, Odeta Moro-Figrurska, Izabela Janachowska, Julia Kamińska, Ilona Felicjańska, Beata Sadowska, Natalia Siwiec, Magdalena Schejbal, a także blogerka Tamara Gonzalez Perea. ŹRÓDŁO


Marty radzą: modelka, która je za dużo

1/27/2014
Z. ma dzisiaj swój garbage day. Czekała na niego dzielnie przez calutki tydzień - od poniedziałku na sałatce bez dressingu i warzywach na parze. Warto było się przemęczyć, warto było zagłuszyć podstępne burczenie brzucha, bo oto dzisiaj w końcu nadszedł upragniony dzień wolności, dzisiaj Z. zaleje swój skurczony żołądek wodospadem Coca-Coli, zapcha go paczką serowych Pringelsów i zmrozi litrowym pudełkiem karmelowych lodów. Będzie jadła śmieci od rana do wieczora, rozpłynie się w morzu zakazanej słodyczy i zanurkuje w odmętach niedozwolonego świństwa. Żołądek Z., który codziennie trawi jedynie nabiał zero procent, warzywa i owoce, raz w tygodniu zostaje poddany ciężkiej próbie. Nic jednak nie stanie na przeszkodzie między Z. a jej jedzeniem. Nic nie jest w stanie zepsuć jedynego dnia rozkoszy, dnia rozpusty, istnej orgii zmysłów i pomieszania smaków. Jednodniowe szczęście Z. odpokutuje bólem brzucha i moralnym kacem. Następnego ranka obudzi się rozgoryczona, rozwścieczona i sfrustrowana, pobiegnie do łazienki, gdzie za pomocą centymetra oszacuje swoją wartość. Znienawidzi się za chorobliwą miłość do jedzenia, będzie żałować każdego chipsa, każdego ciastka i każdej łyżki lodów, jednocześnie czekając z utęsknieniem, aż żołądek zasuszy się na nowo, by móc rozciągnąć go następnym błogosławionym dniem śmiecia. Z. tylko jeden raz w życiu wsadziła palec do gardła, ale nie miała odwagi, żeby zwymiotować.

O. gotuje owsiankę na wodzie. Niezwykle długo i z przesadnym namaszczeniem, gdyż będzie to dzisiaj jej jedyny posiłek. Obawia się tylko, że może zgłodnieć wieczorem, panicznie boi się burczącego brzucha, truchleje na myśl o grających marsza kiszkach. Przyprawia owsiankę odrobiną soli i zastanawia się, czy nie podzielić porcji na dwa razy. Mogłaby wtedy bez wyrzutów sumienia zjeść połowę teraz, a połowę później. Czy to się jednak nie odbije na sylwetce? Przecież im później, tym lepiej smakuje jedzenie, tym łatwiej stracić głowę i pochłonąć zbyt wiele. Nie, myśli O., lepiej już zjeść teraz, jest wcześnie, pójdzie pobiegać, spożytkuje tą energię. Odpowiednia godzina to podstawa zdrowej diety. Kiedyś przecież potrafiła przeżyć dzień na jednym serku wiejskim.

Z. dostała dzisiaj pracę, dlatego O. spędza wieczór sama w domu. Nie spodobała się na żadnym castingu - obserwowała bacznie reakcje klientów. Włącza laptopa i gapi się w okno. Może powinna przefarbować włosy? Czuje się ostatnio taka pospolita. Żałuje, że nie ugotowała wcześniej więcej owsianki, ale na całe szczęście w lodówce czeka jogurt naturalny. O. szybko opróżnia niewielki kubeczek. Otwiera lodówkę. Zjada jabłko i banana. Gotuje ryż. Wychodzi do sklepu. Niesie dwie siatki, pełne zdrowia i witamin. Polewa ryż oliwą z oliwek. Zjada pomidora. Ogórka. Sałatkę. Gotuje owsiankę. Wychodzi do sklepu. Niesie jedną siatkę. Do owsianki dodaje czekoladę. Do czekolady dodaje porcję lodów. Zagryza słodycz chipsem. Zagryza chipsa zdrowiem. Ogórek, pomidor, sałatka, ogórek. Z wnętrza zamrażarki dobiega ją głos lodów. Zjada litrowe pudełko. Kładzie się na plecach i dotyka palcem brzucha. Boi się. Nie pójdzie zwymiotować. Wymioty definiują chorego na bulimię, a ona jest modelką, która zjadła raz za dużo. 


Razem z Martą, autorką bloga http://www.codzienniefit.pl/, postanowiłyśmy stworzyć cykl postów promujących zdrowy styl życia. Chcemy pokazać, że jedzenie pełnowartościowych posiłków, aktywność fizyczna dostosowana do indywidualnych możliwości oraz pozytywne nastawienie, mogą diametralnie odmienić codzienną rzeczywistość, uzdrowić nie tylko ciało, ale umysł oraz duszę. Cykl Marty Radzą rozpoczynamy bez znieczulenia - tematem trudnym i bolesnym. Zaburzenia odżywiania.

Tematem przewodnim stał się dla mnie problem kompulsywnego objadania, którego byłam świadkiem podczas jednego z wyjazdów na zagraniczny kontrakt. Opisane na początku notki dziewczyny mogły mieć inne inicjały, ale prawdą jest, że jadły w sposób niepokojąco chorobliwy: obie objadały się kompulsywnie.

Kompulsywne objadanie się - zaburzenie odżywiania polegające na przyjmowaniu przez osobę chorą ogromnych ilości kalorycznego jedzenia. Chory je, chociaż nie odczuwa głodu, pokarm staje się w jego przypadku katalizatorem dla rozładowania złych emocji i pocieszeniem w sytuacjach stresu. Jedzenie traci swą naturalną funkcję, przebiega w pośpiechu, nerwowo, chory nie jest w stanie kontrolować ilości przyjmowanych produktów, powstrzymać się przed jedzeniem, je aż do momentu przejedzenia i odczuwania przykrych dolegliwości fizycznych. Tego typu napady objadania się występują okresowo (...). W odróżnieniu od bulimii atak obżarstwa nie kończy się jednak prowokowaniem wymiotów, przyjmowaniem środków przeczyszczających czy lewatywą. W okresach kontroli chorzy próbują radzić sobie ze swoją rosnącą wagą, przechodzą na diety, próbują zwiększać aktywność fizyczną są to jednak działania podejmowane na krótką metę i w związku z tym nieskuteczneŹRÓDŁO


Początek akcji Zdrowe śniadanie A&M

1/25/2014
Czekoladowy krem z awokado tak bardzo podbił moje serce, że postanowiłam uczynić go bohaterem śniadaniowego cyklu, który współorganizuję razem z WHINESS. Obie starałyśmy się przedstawić krem w innej, ciekawej wersji, tak, byście mogli wybrać tą, która bardziej Wam zasmakuje lub też zainspirować się do użycia kremu na tysiąc różnych sposobów! Na blogu Anity już kuszą piękne zdjęcia żytnich naleśników, a ja tymczasem podaję Wam przepis inspirowany tym, jakie znalazłam na relishmeals.

BABECZKA JAGLANA NADZIANA CZEKOVADO

4 łyżki kaszy jaglanej
2 łyżeczki syropu z agawy
kilka rodzynek (dałam 5-6)
200 ml wody lub mleka
krem z awokado przepis

Kaszę jaglaną płuczemy pod zimną wodą, a następnie przelewamy wrzątkiem. Możemy również podprażyć kaszę na suchej patelni do momentu, aż poczujemy jej orzechowy aromat - w ten sposób pozbędziemy się charakterystycznej goryczki. Następnie wrzucamy kaszę do wrzątku/gorącego mleka, dodajemy rodzynki oraz syrop z agawy i gotujemy na wolnym ogniu do momentu wchłonięcia przez kaszę całego płynu. Połowę kaszy przekładamy do miseczki (możemy uprzednio wyłożyć wnętrze folią spożywczą, by ułatwić późniejsze wyciąganie babeczki), robimy delikatne wgłębienie na środku i nadziewany masę kremem z awokado. Następnie przykrywamy krem pozostałą porcją kaszy, uklepujemy lekko, odkładamy do przestygnięcia, a później (najlepiej na całą noc) do lodówki.


Wkrótce kolejne inspiracje i przepisy w ramach cyklu "ZDROWE ŚNIADANIE A&M" ! 

Jak znaleźć but idealny?

1/24/2014
Dla większości kobiet wygodne szpilki to zabawny oksymoron. Pisałam już o tym, jak mnie samej ciężko jest wytrzymać na obcasach dłużej, niż 30 minut. Mimo, że posiadam w szafie botki ze specjalnej kolekcji Ecco, która to miała zrewolucjonizować świat szpilek i raz na zawsze obalić mit niewygodnego buta na obcasie, na moich stopach nie spełniają swojej roli. Między castingami modelki najchętniej biegają w mięciutkich baletkach lub znoszonych adidasach, ale na castingu - chcąc nie chcąc - musimy się pomęczyć. Jak zatem znaleźć but idealny, który pozwoli swobodnie zaprezentować się przed klientem, a na polaroidach wydłuży nasze nogi? 


1. Przede wszystkim rozmiar. Nigdy za duży! Panuje tutaj ta sama zasada, co na pokazie mody: lepszy but za mały, niż spadający z nogi. W ten sposób unikniecie wolnego i niestabilnego kroku, nie będziecie myśleć tylko o tym, by się nie przewrócić. 

2. Szpilka, a nie koturn. Klient, który ma nas zaangażować do swojego pokazu musi wiedzieć, że sprostamy przejściu po wybiegu nawet w ekstremalnie niewygodnych butach. Koturny są stabilne i łatwo się w nich chodzi, więc zabranie ich na casting oznacza pójście na łatwiznę - możecie nieświadomie zasugerować klientowi, że z chodzeniem na szpilkach jesteście na bakier...

3. Żadnych pasków/rzemyków wokół kostki. Buty, które posiadają takie zapięcie wyglądają seksownie, ale mają złośliwą tendencję do skracania nóg, szczególnie na zdjęciach. Jeśli chcecie, by polaroidy wypadły jak najlepiej, zrezygnujcie z zapinania szpilek wokół kostki. 

4. Żadnych neonów, cekinów i zdobień. Nie idziecie na studniówkę, ale do ważnego klienta, który chce zobaczyć, jak poruszacie się na wybiegu i jak zgrabne macie nogi. Nikt nie wymaga od was przesadnego strojenia, więc zachowajcie umiar nie tylko w stroju, ale również we wszystkich dodatkach.

5. Musisz czuć się w swoich szpilkach jak milion dolarów. To najważniejsza i podstawowa zasada. Jeśli sama czujesz, że but leży idealnie, a Ty płyniesz po wybiegu, jak rasowa topmodelka, klient również to zauważy i casting na pewno pójdzie dobrze. 

PODSUMOWUJĄC: najlepszy wybór na casting to klasyczne, czarne szpilki.

Życie haute couture

1/23/2014
Haute couture (z fr. wysokie krawiectwo) - termin ten narodził się oczywiście we Francji i nie może być używany przez wszystkie domy mody, rządzi się on bowiem określonymi prawami i kryteriami, których trzeba bezwzględnie przestrzegać. Przede wszystkim Haute Couture stoi w mocnej opozycji do ubrań i kolekcji pret-a-porter, czyli projektów dostępnych w sklepach, produkowanych seryjnie, a nie na specjalne życzenie klienta. Dodatkowo domy mody, które pragną specjalizować się w owej dziedzinie musza przede wszystkim posiadać określoną liczbę pracowników i modeli, jak również - co najmniej dwa warsztaty, w których będą powstawać najnowsze kolekcje. Pracownie te muszą być zaopatrzone w najwyższą jakość materiałów, z jakich tworzone będą luksusowe stylizacje, które mają być przedstawione na wybiegu co najmniej dwa razy do roku. Wszystkie projekty bezwzględnie trzeba wykańczane ręcznie, z ogromną dokładnością i precyzją. ŹRÓDŁO

Oglądałam ostatnio przeuroczy film o rudym chłopaku, który podróżował w czasie. Jego podróże nie miały na celu zmiany losów świata, ani rozpisania na nowo kart naszej historii - mógł wracać jedynie do tych chwil, które sam już kiedyś przeżył, a kierowała nim podstawowa potrzeba ludzkości: prawdziwa, głęboka, wielka, piękna miłość. Po licznych perypetiach (film trwa aż dwie godziny!) chłopakowi udaje się znaleźć kobietę, której szukał, kobietę, z którą mógł śmiać się i płakać, przegadać całe noce, całować ją bez końca, być jej obrońcą i największym przyjacielem. Nie będę zdradzała Wam więcej szczegółów, film polecam szczególnie dlatego, że mnie natchnął do napisania posta. 


Całe to podróżowanie w czasie doprowadziło bohatera do ostatecznej konkluzji, że wcale nie warto się cofać, lecz żyć w teraźniejszości tak, jakby każdy dzień był tym, do którego chcielibyśmy wrócić. Każdy moment był wart przeżycia go raz jeszcze, każda chwila taka, za którą będziemy zaraz tęsknić. 

Można uszyć bluzkę, która rozpruje się po sezonie. Można chodzić w swetrze, który rozciągnie się po praniu. Można wybierać modne trendy z sieciówek i tworzyć nieświadomie całe miasta klonów. Ale można również postawić na jakość, na oryginalność, na to, co przetrwa wieki. Wyjątkowość jest nieśmiertelna - dni, krajobrazów, ubrań, sztuki, ludzi. Wystarczy chcieć, by każda chwila nabrała wyjątkowości, by była skrojona na miarę i uszyta tylko dla nas. Czasami jest to jeden uśmiech więcej, drobny detal, małe przyjemności. Kruchość czasu powinna stanowić nasz główny motor napędowy. Może nam się wydawać, że na to nie zasługujemy, nie mamy tyle wiary, by walczyć, ani tyle nadziei. Podcieramy sobie tyłek marzeniami, wyrzucamy do kosza górnolotne plany. Nie musimy być najlepsi, by być wyjątkowi, każdy może sam zdefiniować, co dla niego znaczy luksus. 

Wysokie krawiectwo. Wytworne, nieprzeciętne. Pokazami haute couture zachwyca się świat mody, to magiczny czas dla projektantów i modelek. To krawiectwo uczciwe, rozpisane zasadami, takie, które na pierwszym miejscu stawia jakość, a nie ilość. Do takich sukni będziemy wracać po latach, nie można im przykleić żadnej daty ważności. 

Możemy żyć nisko, ubierać się nisko, jeść nisko i wyglądać fatalnie, ale możemy też wspiąć się o krok wyżej, chwycić w dłonie igłę i zacząć splatać nasze życie nićmi haute couture. 


Simple pleasures // Inspiracje

1/22/2014
"Fashion is a form of ugliness so intolerable that we have to alter it every six months."
                                                                               - Oscar Wilde 


Chcesz być zdrowa? Czytaj etykiety!

1/21/2014
Dzisiejszy post miał traktować o czymś zupełnie innym, niż zdrowe odżywianie, ale zainspirowało mnie spotkanie z ciocią i wujkiem, którzy wpadli do nas na przedpołudniową kawę. W trakcie rozmowy temat ześlizgnął się na zakłamanie producentów, wypuszczających na rynek produkty opatrzone logiem fitness. Nie tak dawno udostępniałam na facebookowym fanpage'u wykres przedstawiający zawartość cukru w płatkach śniadaniowych, które rzekomo mają nam pomóc przy zrzucaniu kilogramów. Włączenie do nazwy produktu magicznego słówka "fit" okazuje się być wspaniałym, marketingowym zabiegiem, przyciągającym nieświadome niebezpieczeństwa klientki. Mamy zatem do wyboru chrupiącą Fitellę albo pełnoziarniste płatki Fitness. Brzmi smakowicie? 

Fitness: ziarna zbóż: pszenica (45,9%), ryż, cukier, syrop cukru brązowego, ekstrakt słodowy jęczmienny, sól, syrop glukozowy, emulgator: mono- i diglicerydy kw. tłuszczowych, regulator kwasowości: fosforan trójsodowy, przeciwutleniacz: mieszanka tokoferoli

Fitellamusli crunchy (płatki owsiane, cukier, olej palmowy, płatki pszenne, ekstrakt ryżowy (mąka ryżowa, cukier, gluten pszenny, ekstrakt słodowy, sól), wiórki kokosowe, syrop glukozowo- fruktozowy, aromat, syrop karmelowy), płatki pszenne pieczone (pszenica, cukier, sól, ekstrakt słodowy jęczmienny, emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych), wiórki czekolady gorzkiej 2% (cukier miazga kakaowa 45,5 %, masło kakaowe, wanilia, emulgator: lecytyna sojowa), granulat truskawki 1,5 % (truskawka, sok wiśniowy, jabłka, cukier, syrop fruktozowy, mąka ryżowa, substancja żelująca: pektyna E440, olej palmowy, substancja zakwaszająca: kwas cytrynowy, aromat), 1,5% truskawka liofilizowana

www.fitnesskuchnia.pl
Podczas ostatniej wizyty w supermarkecie mój wzrok zatrzymał się na nowości od Mokate. Barwna saszetka deseru YogoCrunch zachęca informacją o zawartości pełnego ziarna oraz regulującego pracę jelit błonnika. Super!, myślę sobie, pokazując produkt mamie. Dzięki unikalnemu połączeniu płatków i owoców, YogoCrunch jest bogatym źródłem błonnika i pełnego ziarna – ważnych składników prawidłowo zbilansowanej codziennej diety - zapewnia na stronie internetowej producent deseru. Całe szczęście po chwilowym zachwycie innowacyjną duo-saszetką, mój mózg powrócił na właściwe sobie miejsce i podpowiedział, by przed kupnem przeczytać etykietę. 

http://www.facetikuchnia.com.pl/
Szukam i szukam tych zdrowych składników, ale wciąż jedyne, co mam przed oczami to cukier, utwardzony olej palmowy, syrop glukozowo-fruktozowy... Cóż, ja na "cudowne chwile z przyjaciółką" wybrałabym jednak prawdziwy jogurt, świeże owoce i płatki owsiane.

Zdradziecki syrop glukozowo-fruktozowy czai się praktycznie wszędzie. Jeśli szukacie go jedynie na etykietach ciastek i batonów, muszę Was zmartwić - jesteście w dużym błędzie. Ja ze zdziwieniem odkryłam syrop w składzie chińskiego sosu oraz twarogu o smaku rzodkiewki. Według portalu medonet.pl zniesławioną substancję odnajdziemy najczęściej w takich produktach, jak: mleko zagęszczone, lody, owocowe soki i nektary, gazowane napoje, jogurty smakowe, dżemy, serki homogenizowane, musztarda, ketchup, wędliny. 

Pamiętajcie również, że nie warto kierować się etykietą "0% tłuszczu", gdyż odchudzenie produktu nie oznacza, że został on także pozbawiony cukrów. Wręcz przeciwnie, zawartość węglowodanów może znacznie podwyższyć się wraz z obniżeniem zawartości tłuszczu. Osobiście stronię od chudego twarogu i pseudo mleka zero i pół procent. Nikogo nie przymuszam do gotowania owsianki na wodzie, kto chce, niech wcina słodki syrop glukozowy. Chciałabym Was jednak uczulić na chwytliwe nazwy, które nie mają nic wspólnego ze składem produktu. Jedzmy świadomie i czytajmy etykiety, by odróżnić fit, slim, light i diet od tego, co naprawdę healthy

Na talerzu modelki: zdrowa czekolada, by przetrwać Blue Monday

1/20/2014
Wstając rano z łóżka nie miałam pojęcia, że rozpoczynam najbardziej depresyjny dzień roku. Dopiero po odpaleniu laptopa moim oczom ukazały się facebookowe skargi, jak to ciężko przeżyć tajemniczy blue monday. Zaintrygowana dziwną nazwą i wszechobecnym narzekaniem, zapytałam wujka Google, o co chodzi rozżalonym internautom. 

Blue Monday – wprowadzone przez Cliffa Arnalla określenie najbardziej depresyjnego dnia w roku, przypadającego w poniedziałek ostatniego pełnego tygodnia stycznia.
Termin Blue Monday (ang. smutny, przygnębiający poniedziałek) wprowadził w 2004 roku Cliff Arnall - brytyjski psycholog, pracownik Cardiff University. Arnall wyznaczał datę najgorszego dnia roku za pomocą wzoru matematycznego uwzględniającego czynniki meteorologiczne (krótki dzień, niskie nasłonecznienie), psychologiczne (świadomość niedotrzymania postanowień noworocznych) i ekonomiczne (czas, który upłynął od Bożego Narodzenia powoduje, że kończą się terminy płatności kredytów związanych z zakupami świątecznymi). ŹRÓDŁO

Osobiście nie zauważyłam znaczącej różnicy, ani w moim samopoczuciu, ani burym krajobrazie. Pogoda już od dłuższego czasu wystawia Polaków na wyjątkowo ciężką próbę - obezwładniająca szarość panoszy się za oknem, wkrótce wszyscy zapomnimy, jak wyglądało słońce. 

Najlepszy sposób na styczniową chandrę? Kubek gorącej, gęstej czekolady. Dla tych jednak, którzy - tak, jak ja - pilnują diety i unikają słodkości, proponuję dzisiaj najzdrowszy krem czekoladowy! Mało tego, że na pewno po nim nie przytyjecie, to na dodatek dostarczycie organizmowi prawdziwą bombę witam i mikroelementów. 




CZEKOVADO 

jedno dojrzałe, miękkie awokado 
2-3 łyżki miodu lub syropu z agawy
2 łyżki dobrego, gorzkiego kakao

Awokado obieramy ze skórki, usuwamy pestkę i rozgniatamy widelcem. Wrzucamy do blendera, dodajemy miód i kakao. Wszystko miksujemy na gładką masę.

Tak przygotowanym kremem możemy nadziewać naleśniki, smarować kanapki lub wafle ryżowe, dodawać go do twarożku lub (najlepiej!) bezkarnie wyjadać łyżką z blendera ;-) Jeśli do masy dodamy zmielone orzechy laskowe, otrzymamy ultra zdrową, dietetyczną Nutellę! Pomysłów na wykorzystanie tego smakołyku jest niezwykle dużo, a jeden z nich wkrótce zaprezentuję na blogu.


Mam nadzieję, że podoba Wam się nowy wygląd bloga!

Jak skompletować szafę raz a dobrze?

1/19/2014
Jakiś czas temu moja szafa zamykała się jedynie dlatego, że połowę rzeczy przewiozłam do Warszawy. Miałam w niej wszystko: kilka par spodni, mnóstwo sweterków, koszul, bluz, bluzek i kolorowych t-shirtów. Buszując między sklepowymi półkami zwracałam uwagę na krój i kolorystykę, ale nigdy nie kierowałam się konkretną zasadą, nigdy też nie układałam w głowie gotowych stylizacji. Nie zastanawiałam się nad tym, do czego dopasuję wiśniowy odcień bluzki, ani z czym zestawię poprzecierane rurki. Moje rozchwianie ubraniowe nasilało się w momentach sezonowych wyprzedaży, kiedy to każdy sklep obniżał nie tylko ceny, ale również poziom mojego zdrowego rozsądku. Kupowałam instynktownie, to, co akurat wpadło mi w oko i co kusiło nieprzeciętnie niską kwotą. Skutkiem takich nieprzemyślanych zakupów było zawalenie szafy mieszaniną stylów, feerią niespójnych barw i  trudnych do połączenia fasonów. Niektóre ubrania wisiały w nieskończoność, przyjemne dla oka, lecz zupełnie niepraktyczne.

Nie kupuj niczego, czego nie jesteś w 100% pewna.

Od pewnego czasu zaczęłam świadomie wybierać to, co kupuję. W sklepie długo analizuję tkaninę, kolor oraz fason ubrania, zastanawiam się, czy nie jest ono jedynie chwilowym trendem, moją wyprzedażową zachcianką. Głównym impulsem do zmiany garderoby było pierwsze rozjaśnienie włosów - ubierając się bardzo kolorowo i wyraziście czułam się jak klaun w cyrku, miałam wrażenie, że tak charakterystyczny odcień na głowie dostatecznie wyróżnia mnie z tłumu. Pozbyłam się więc sporej części ubrań, a nowe zaczęłam komponować według kilku prostych zasad.

Nie wystarczy, że ubranie ci się podoba. Musisz je absolutnie kochać.

Mam nadzieję, że nie będziecie mieć mi za złe "szafiarskiej" notki o ubraniach. Chciałam napisać ją od dłuższego czasu, a ostatecznie do działania zmobilizowała mnie Marta oraz artykuł w najnowszym numerze Elle. Uważam, że właściwie skomponowana garderoba jest silnym atrybutem każdej modelki, gdyż - jak już podkreślałam wielokrotnie - strój wyraża naszą osobowość, pomaga zostać zapamiętaną przez klientów i agencje.

Zawsze wyglądaj tak, jakbyś miała spotkać miłość życia albo najgorszego wroga. 

Przede wszystkim musimy stworzyć podstawową bazę, na której zbudujemy wszystkie stylizacje. Skupmy się na czerni, bieli i odcieniach szarości - z resztą kolorów będziemy szaleć później. W mojej szafie nie może zabraknąć: 

czarnych rurek
dopasowanych jeansów 
czarnych szortów 
t-shirtów z działu basic 
ciepłego, grubego swetra
klasycznej koszuli
męskiej szarej bluzy
skórzanej ramoneski
czarnej marynarki

Dla mnie wymienione wyżej części garderoby to 100% klasyki i absolutna podstawa. Uwielbiam woskowane spodnie, które opanowały zeszły sezon i planuję zakup jeszcze jednej pary. Są bardzo eleganckie, seksowne, pasują właściwie do wszystkiego.

Dobra para dżinsów to klucz do sukcesu.

W każdej szafie muszą znaleźć się przynajmniej jedne jeansy. Takie, w których będziecie się czuły jak przysłowiowe milion dolarów. Nie warto iść na kompromis i kupować spodni, które "leżą ok" albo "mogą być", bo akurat są w całkiem korzystnej promocji. Jeansy mają leżeć idealnie, mieć idealną długość i warto w nie zainwestować większą sumę, by po kilku założeniach nie łatać pierwszej dziury.

T-shirty kupuję najczęściej w H&M'ie w dziale BASIC. Kolory: czarny i biały. Pasują do wszystkiego! Nie lubię mocno dopasowanych koszulek, więc zazwyczaj decyduję się na rozmiar większe.

Uwielbiam bluzy, bo są nieśmiertelne i służą mi o wiele dłużej, niż swetry. Bluzę zakładam zarówno do dresów, jeansów, jak i zwiewnych sukienek. Obowiązkowo za duża, kupiona w dziale męskim! Mam kilka pięknych swetrów, jednak już po jednym sezonie wyciągają się, mechacą, widać na nich upływ czasu. Niedawno kupiłam na wyprzedaży bardzo piękny sweter w odcieniach szarości z obszernym golfem. Jest niesamowicie ciepły i ostatnio w ogóle się z nim nie rozstaję ;-) Często zachwycają mnie swetry z najnowszych kolekcji, jednak staram się myśleć racjonalnie i jeśli już mam wydać na nie pieniądze, to tylko po sporej obniżce.


#modelka

1/16/2014
Jest bardzo wcześnie, lecz u mnie w kuchni pachnie już świeżo zaparzona kawa. Doprawiam czerń słodyczą mleka i zaglądam, co słychać w internetowym świecie. Przyznaję - od komputera jestem uzależniona. Dbam o niego, jak o kruchą porcelanę i truchleję ze strachu za każdym razem, gdy informuje mnie o jakimś problemie niezrozumiałym komunikatem. 

Pierwszą stroną, którą odwiedzam jest panel administracyjny bloggera. Sprawdzam statystyki, czytam nowe komentarze, a w końcu przeglądam ulubione blogi. To mój codzienny, poranny rytuał - uwielbiam celebrować śniadanie w towarzystwie słów, które wysyłacie w internetową przestrzeń. Dawniej, tuż po włączeniu laptopa, na ekranie pojawiało się niebieskie logo Facebooka, jednak od pewnego czasu w miejsce jednego uzależnienia, wskoczyło następne: wszechobecny, wszechogarniający, wszechwiedzący Instagram.

Nie oszukujmy się: zabawa rozpieszcza nasze ego. Zawsze piękni, wiecznie młodzi i baaardzo bogaci – taki świat tu króluje. Ale, ale... Anja Rubik, wcale nie „na bogato”, przed Bożym Narodzeniem odwiedza rodzinę w Częstochowie? – Instagram skraca dystans. (...)Modelki jedzące hamburgery za kulisami pokazu? I mnóstwo „polubień”. To Joanna Kurkowska, fotografka gwiazd światowej muzyki, dostała zlecenie: prowadzenie profilu na Instagramie marki Sinsay koncernu LPP. Dokumentując pokaz mody, podkręcała kolory na Instagramie. Świetliste, bajkowe efekty. – Furorę zrobiły nie zdjęcia ciuchów, ale te „hamburgerowe” – mówi Kurkowska. ŹRÓDŁO

Modelki dosłownie opanowały Intagram. Przeglądając niektóre popularne profile odnoszę wrażenie, że biało-złote "ajfony" mają już na stałe przytwierdzone do dłoni. Otwierają swoje szafy, lodówki, pokazują dzieci. Pozują z mężem i psiakiem, na wakacjach, w łazience, bez makijażu, w piżamie, przed wielkim wyjściem. Hasztagują całą modową rzeczywistość: #shooting, #backstage, #modelslife, #diet. Jest to nowy rodzaj kontaktu ze światem modelingu - na innych portalach społecznościowych topmodelki musiałyby zaakceptować nasze zaproszenie, byśmy mogli podglądać ich codzienne życie. W przypadku Instagrama wystarczy kliknąć "obserwuj", by cały splendor i piękno odległej galaktyki mody spłynęły na nas jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Direct booking w Berlinie

1/14/2014
Direct booking to zlecenie, które wykonujemy dla konkretnego klienta poza granicami naszego kraju. Jest to praca załatwiana najczęściej nie poprzez agencję matkę, ale jedną z agencji zagranicznych, z którymi mamy podpisany kontrakt. W świecie modelingu tzw. "dajrekty" to dla wielu dziewczyn ulubione źródło zarobku, gdyż wiąże się z konkretną, odgórnie potwierdzoną pracą, którą wykonujemy jednorazowo i nie tworząc długu. Szczególnie starsze modelki niecierpliwie wyczekują zagranicznych zleceń - zdążyły już najeździć się po świecie, mają swoje obowiązki w domu, w Polsce, więc zamiast przez miesiąc biegać po castingach, wylatują na dzień czy dwa do pracy i wracają do kraju z konkretnym zarobkiem. Przy okazji oczywiście możemy poznać ciekawych ludzi, zobaczyć nowe miejsca, spróbować lokalnej kuchni.

Mój direct booking wiązał się z wyjazdem do Berlina na zaledwie jeden dzień. Samolot o 6:25 rano wymagał pobudki o kosmicznie wczesnej porze, a ze stresu, by nie zaspać przedrzemałam marne trzy godziny. Na lotnisku spotkałam się z E., drugą modelką zatrudnioną przez klienta. Niesamowicie ucieszyła mnie perspektywa wspólnego lotu oraz pracy - od razu rozgadałyśmy się na tyle, że nie zmrużyłyśmy oka w samolocie, choć każda z nas marzyła o drzemce (na szczęście stewardessy poratowały ciepłą kawą!). Z lotniska miałyśmy wsiąść w taksówkę i poprosić o zawiezienie na wskazany przez klienta adres. Oczywiście nie mogło obyć się bez problemów ze znalezieniem miejsca sesji, gdyż numeracja budynków, pod które zawiozła nas taksówka, kompletnie się nie zgadzał i nikt nie wiedział, dokąd nas pokierować. Całe szczęście, że byłyśmy we dwie i mogłyśmy zagryźć stres rozluźniającą rozmową. Po szczęśliwym odnalezieniu studia, makijażystki od razu zabrały się do roboty. Dostałyśmy kawę w dłoń i zasiadłyśmy przed wielkimi lustrami. Chwila relaksu, kiedy nikt niczego od nas nie wymaga...





Elegant&Nasty // Inspiracje

1/10/2014
Dzień dobry! Dzisiaj zmysłowe kobiety, naturalne piękności. 
Już wkrótce na blogu relacja z wczorajszej pracy w Berlinie - porcja nowych doświadczeń i bardzo ciekawych wyzwań... aktorskich ;-) Dziękuję całej profesjonalnej ekipie!


Jak przeżyć sesję i nie zamarznąć?

1/06/2014
Pisałam już o tym, jak trudno jest wytrwać na planie sesji zdjęciowej, kiedy pozujemy zimą w kostiumach kąpielowych, a latem w futrach i wełnianych płaszczach. Wczorajsza sesja przypomniała mi, że nie tylko zdjęcia w plenerze mogą okazać się problemem - równie zimno jest w nieogrzanym studio. Po gorącym rosole i relaksie pod prysznicem wpadłam na pomysł kilku prostych kroków, dzięki którym pozowanie zimą może okazać się odrobinę mniej straszne.


1. Termos z herbatą

Obowiązkowy zakup przed wylotem do Japonii. Co prawda w Tokio na każdej ulicy znajdują się automaty z ciepłymi napojami, jednak nie zawsze uda nam się zakupić gorącą herbatę przed sesją, szczególnie, gdy zaczynamy zdjęcia wcześnie rano i wyjeżdżamy na plener poza miasto. Jeśli podczas zdjęć trzęsiemy się z zimna, poprośmy o chwilę przerwy i rozgrzejmy ciało kilkoma łykami herbaty.

2. Rozgrzewające plastry

W Tokio podczas sesji możemy ogrzewać się specjalnymi wkładkami - wystarczy potrzeć "poduszeczkę" w dłoniach i przykleić do ciała (ciepło wydziela się przez około 30 minut). Nie znalazłam niczego podobnego w Polsce, jednak za alternatywę mogą posłużyć nam różnego rodzaju rozgrzewające plastry dostępne w aptece. Jeśli tylko nie pozujemy w prześwitujących kreacjach bądź kostiumie kąpielowym, naklejmy na ciało plastry choć na parę minut.

3. Lunchbox doprawiony chilli/imbirem 

Nigdy nie idźcie na sesję bez swojego jedzenia! Jeśli jest to praca, klient zazwyczaj organizuje catering, ale sprawa ma się inaczej na testach, które również trwają kilka ładnych godzin. Często nie mamy nawet jednej wolnej chwili, by przysiąść z widelcem i delektować się posiłkiem, jednak warto zawsze zabrać ze sobą paczkę orzechów, pestek dyni, suszonych owoców lub banana. Takie przekąski łatwo podgryzać podczas zmiany makijażu czy fryzury. Najlepszym rozwiązaniem w trakcie sesji w zimnym studio byłoby jednak zjedzenie porządnego lunchu, złożonego przykładowo z makaronu, kaszy bądź ryżu z warzywami/kurczakiem, doprawionego ostrymi przyprawami, które rozgrzeją nas od środka.

4. Rozgrzewanie dłoni pod gorącą wodą

Trupie dłonie o fioletowym odcieniu nie wyglądają dobrze przed aparatem. Między stylizacjami warto zaszyć się na chwilę w toalecie i pod gorącą wodą ogrzać sine ręce. Tym samym zaoszczędzimy fotografowi żmudnej korekty w Photoshopie. 

5. Tuż po powrocie: gorący prysznic, herbata z imbirem lub treściwa zupa

Nie oszukujmy się - te wszystkie sposoby i tak nie uchronią nas w 100% przed dygotaniem z zimna, dlatego najważniejsze, byśmy porządnie rozgrzały się tuż po powrocie do domu. Gorący prysznic, herbata z miodem i imbirem, a na kolację parujący talerz zupy to sprawdzone sposoby, dzięki którym następnego ranka unikniemy drapania w gardle i pociągającego nosa.

Przychodzą Wam do głowy jeszcze inne sposoby na szybkie rozgrzanie podczas sesji?

***

Poniżej krótki filmik z wczorajszej sesji. Źródło: Adam Kaniowski Instagram


Po skończonym dniu pracy relaks przy gorącej zupie!

Kiedy mówię o bieganiu

1/04/2014
Mgła rozlała się jak mleko. Światła latarni z trudem przeciskają się przez gęstniejącą ciemność, z horyzontu zniknęły budynki, dźwigi, drzewa oraz ludzie. Wkładam do uszu słuchawki, świat na moment milknie, zaczynam pomalutku truchtać, naciskam znaczek play. Energetyzująca składanka mobilizuje do przyspieszenia, zaczynam skupiać się na oddechu. Biegnę. 

Biega­nie jest dla mnie pożytecznym ćwicze­niem, a jed­nocześnie pożyteczną me­taforą. [...] Chodzi o to, czy byłem, czy nie byłem lep­szy niż wczo­raj. W biegach długo­dys­tanso­wych je­dynym prze­ciw­ni­kiem, ja­kiego ma się do po­kona­nia, jes­teśmy my sa­mi i to, ja­cy by­liśmy wczoraj. 

Co jakiś czas z mgły wyłaniają się sylwetki ludzi, ale większą część trasy pokonuję w samotności. Muzyka dudni mi w głowie, wyrównałam tempo, hop hop, jest dobrze, czuję, jak w żyłach pulsuje zdrowa krew. Choć mam wcześniej wyznaczoną trasę,  odbijam nagle na bok i urozmaicam sobie bieg nowymi widokami. Wszystko zależy ode mnie, od moich decyzji - gdzie biegnę, jak długo oraz w jakim tempie. 

Biegnąc, nic nie ro­bię, tyl­ko biegnę. Za­sad­niczo biegnę w pus­tce. In­ny­mi słowy, biegnę po to, żeby osiągnąć pus­tkę. Ale jak można się spodziewać, w ta­kiej pus­tce myśli kryją się na­tural­nie. To oczy­wis­te. W ludzkim umyśle nie może is­tnieć całko­wita pus­tka. Emoc­je ludzkie nie są wys­tar­czająco sil­ne ani zin­tegro­wane, żeby dać so­bie radę z praw­dziwą nicością.

Lubię końcowy odcinek trasy, kiedy cel mam już przed oczami. Wtedy lekko przyspieszam, wiem, że za kilka minut dam się ponieść satysfakcji. Zawsze po biegu mam czerwone policzki – rumiane, jak powiedziałaby moja babcia. Włosy zawijają się śmiesznie od kaptura i wilgoci. 

[...] chodzi o to, żeby ra­dość, jaką od­czu­wam na końcu każde­go biegu, przet­rwała do dnia następne­go. Tę samą tak­tykę sto­suję, gdy piszę po­wieść. Każde­go dnia prze­rywam w miej­scu, w którym wiem, że mógłbym pi­sać da­lej. Spróbuj­cie te­go, a pra­ca pójdzie wam ko­lej­ne­go dnia zas­ka­kująco łat­wo. [...] Żeby wyt­rwać w czym­kolwiek, trze­ba ut­rzy­mać rytm. 

Do biegania można się przekonać. Sama kiedyś nie wierzyłam, ale pomalutku zaczynam odkrywać w tym prostym ruchu coraz więcej przyjemności. Lubię biegać przy muzyce, takiej, której dawno nie słuchałam lub takiej, do której jeszcze nie zdążyłam się przyzwyczaić. Biegam szybciej, niż kiedyś – moim celem miało być chudnięcie, a więc powinnam biegać dłużej oraz wolniej, jednak znacznie więcej radości sprawia mi 30 minut biegu zamiast godzinnego truchtu. Każdym z nas sterują różne motywacje, każdy organizm inaczej reaguje na pot, zmęczenie, obolałe nogi. Nie każda okolica obfituje w efektowne, przyjazne dla biegacza, trasy. Nie każdy może szybko, nie każdy lubi wolno, nie wszystkim potrzebna jest muzyka w uszach, ktoś może woleć truchtanie w ciszy. Uważam jednak, że skoro nawet ja potrafiłam zmusić się do biegania, to mobilizację odnajdzie w sobie największy leniwiec. Wystarczy jedynie spróbować różnych metod i znaleźć swoją własną. Z mojej strony mogę powiedzieć Wam jedno – nie katujcie się bieganiem, jeśli chcecie schudnąć. U mnie taka motywacja nic nie podziałała, bieg stał się obowiązkiem, a nie czystą przyjemnością, chwilą relaksu dla duszy i ciała, wypoceniem wszystkim lęków i ucieczką od problemów.

Cytaty pochodzą z książki „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” autorstwa Haruki Murakamiego

Posesyjne S.O.S.

1/02/2014
Twarz modelki to płótno, na którym makijażyści tworzą swoje małe dzieła sztuki. Zarówno na pokazie mody, jak i sesji zdjęciowej nasza cera zostaje wystawiona na ciężką próbę i musi zmagać się z większą niż zazwyczaj warstwą makijażu. Podkłady, pudry, korektory, cienie i kredki do oczu, tusze do rzęs, róże i bronzery... Jeśli ktoś - tak, jak ja - na co dzień decyduje się na lekki, prawie niewidoczny makijaż złożony głównie z kremu BB, odrobiny różu i mascary, a na dodatek ma wrażliwą skórę, może zakończyć dzień pracy z zaczerwienioną i podrażnioną buzią. Nie każdej z nas odpowiada ten sam typ kosmetyków, niektóre mogą nas nawet uczulać. Najgorsze dla cery są tzw. sesje beauty, czyli zdjęcia koncentrujące się na samej twarzy modelki, prezentujące przede wszystkim różne rodzaje makijażu. Podczas sesji beauty nie zmieniamy ubrań przy każdym nowym ujęciu, ale na naszej twarzy pojawia się kolejna warstwa kosmetyków. Wyobraźcie sobie to ciągłe zmywanie tonikiem i wklepywanie od nowa podkładu, szminki, cieni... Wierzcie mi, że po całym dniu pracy, nie chcecie już spoglądać w lustro!

Moja cera jest bardzo sucha, wrażliwa i naczynkowa, dlatego podstawę stanowi dla mnie odpowiednie nawilżenie. W dzisiejszym poście prezentuję kosmetyki, których używam w momencie skrajnego wysuszenia i podrażnienia twarzy - polecam je zarówno tym z Was, które właśnie wracają z męczącej sesji zdjęciowej, jak i tym, których skóra jeszcze nie odpoczęła po sylwestrowej zabawie ;-)



1. Płyn micelarny dla cery naczynkowej - o płynie Biodermy pisałam już wcześniej na blogu. Uwielbiam go i mimo wysokiej ceny regularnie uzupełniam zapasy. Idealnie oczyszcza twarz z zanieczyszczeń, nie podrażnia oczu, łagodzi zaczerwienia i przygotowuje twarz do dalszej pielęgnacji.

2. Peeling enzymatyczny - dla mojej cery naczynkowej jest to jedyny peeling, który nie podrażnia i nie szkodzi. Nakładam go na oczyszczoną twarz, wykonuję krótki masaż, a po około 5 minutach zmywam ciepłą wodą.

3. Maska kolagenowa - w postaci nasączonej tkaniny, ekspresowo nawilża odwodnioną skórę. Po nałożeniu jej na twarz radzę jednak nie pokazywać się chłopakowi ;-)

4. Olejek arganowy - absolutny hit. Olejek wcieram w płytkę paznokci, w przesuszone końcówki włosów oraz mieszam kroplę z kremem nawilżającym. Doskonale odżywia.

5. Żel do powiek i pod oczy - łagodzi obrzęk pod oczami i zmniejsza opuchliznę. Trzymam go na co dzień w lodówce, dzięki czemu przyjemnie chłodzi i przynosi natychmiastową ulgę zmęczonym powiekom. 


Poleciłybyście jeszcze inne kosmetyki dla suchej, zmęczonej skóry twarzy? Chętnie wypróbuję coś zupełnie nowego!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
SZABLONY RZECZYLADNIEJSZE.PL