STRONA GŁÓWNA PAMIĘTNIKDIETA INSPIRACJESYLWETKIO MNIEKONTAKT/WSPÓŁPRACA

Nauka chodzenia

8/31/2013
To, co najbardziej kocham w swojej pracy, to ciągłe spotkania z nowymi ludźmi - niesamowitymi, inspirującymi, absolutnie magicznymi. Na wyjazdach, planie sesji zdjęciowej, w trakcie castingu czy przypadkowych spotkań w agencji. Świat modelingu jest tak naprawdę bardzo, bardzo niewielki, po pewnym czasie każdy kojarzy każdego, nie sposób się unikać, nie można nie zauważać. 

Niedawno miałam okazję poprowadzić naukę chodzenia dla kilku debiutantek z mojej agencji-matki. Było to ciekawe doświadczenie, gdyż nigdy wcześniej nie uczyłam nikogo poruszania się po wybiegu. Obawiałam się, czy dziewczyny zrozumieją moje pokrętne wyjaśnienia, czy nie będą miały mi za złe ciągłego poprawiania bioder i ramion, a przede wszystkim, czy uda mi się nauczyć je czegoś naprawdę przydatnego, co wykorzystają na castingach do pokazów w Polsce i zagranicą.



KILKA KROKÓW UŁATWIAJĄCYCH CHODZENIE PO WYBIEGU

1. Wyprostowana sylwetka
Najlepiej wyobrazić sobie, że niewidzialna nitka ciągnie nas do góry na samym czubku głowy. Porządnie się prostujemy, to bardzo ważne - modelki nie garbią się na wybiegu!
2. Ramiona ściągnięte w dół 
Kiedy już uda nam się wyprostować plecy ściągamy barki i ramiona w dół, tak, by naturalnie zwisały wzdłuż ciała. Idąc po wybiegu powinnyśmy swobodnie "machać" nimi na boki, jednak bardzo delikatnie - nie biegniemy w maratonie.
3. Wypchnięte w przód biodra
Dzięki wypchnięciu kości biodrowych wprzód uzyskamy sylwetkę, która ułatwi nam profesjonalne przejście na castingu. Pamiętajcie, żeby wypychać kolana do przodu - przy ćwiczeniach nawet przesadnie. Wyrzucając nogi przed siebie (lekko je krzyżując) przy wypchniętych bioderkach uzyskamy kobiecy, seksowny chód. Oczywiście nie każdy projektant oczekuje, byśmy chodziły pewnie, szybko i stanowczo - należy słuchać, czego klient od nas oczekuje i dostosować sylwetkę do jego wymagań.
4. Oczy patrzą przed siebie
Nie spoglądamy w sufit ani pod nogi. Pewnie, stanowczo patrzymy przed siebie. 
5. Odpowiednie zatrzymanie.
Ważne, by nie robić na końcu niepotrzebnego obrotu dookoła siebie, a także przestępowania z nogi na nogę. Dochodzimy do końca wybiegu, przenosimy ciężar ciała na jedną nogę, potem drugą i pierwszą zawracamy.


Całkiem przydatny filmik, wyjaśniający technikę chodzenia po wybiegu:


New polaroids

8/26/2013

Wczoraj podczas drogi z Mazur uderzyła mnie pewna myśl. Nie odkryłam Ameryki, ani nawet mini-wyspy, a jednak poraziło mnie zadziwiającą mądrością. 
Nie ma sensu się martwić tym, czym naprawdę nie musimy.



Blog ma rok!

8/23/2013

Prowadzę bloga już od roku - aż trudno w to uwierzyć. Szybko zleciało, wiele się wydarzyło. Przede wszystkim wydarzyliście się Wy wszyscy, którzy czytacie, komentujecie i wysyłacie maile. Dziękuję z całego serducha za okazane blogowi zainteresowanie, wsparcie w trudniejszych chwilach i multum pozytywnej energii. Chciałam napisać Wam dziś dużo więcej, pobyć z Wami dłużej, ale za chwilę uciekam na Mazury, by z książką w ręce odetchnąć od zgiełku Warszawy. Po weekendzie na blogu pojawi się post o nauce chodzenia - mam nadzieję, że kilka moich wskazówek przyda się debiutantkom na wybiegu! 

Całuję mocno, ściskam najmocniej.






Nagranie do programu TVN Style

8/18/2013
Wracam do Was z pamiętnikiem modelki, ale nie w formie wspomnień, lecz ujarzmiania teraźniejszości.

18 sierpnia, Warszawa
Dziś spałam ciut spokojniej. Co prawda po raz kolejny śniłam o spóźnianiu się na polskiego busa, ale ostatecznie lepiej nie zdążyć na busa, niż na nagranie do TVN Style, a taka wizja galopowała po mojej głowie całą piątkową noc. Wczoraj był dobry dzień. Naprawdę dobry, uśmiechnięty, słoneczny i kolorowy dzień. Zaczął się wcześnie - wizytą w studiu TVN, do którego zostałam kilka tygodni wcześniej zaproszona jako gość programu Zawody24h. Pierwszy odcinek jesiennej ramówki ma dotyczyć profesji modelki, a jego emisja planowana jest na połowę września. Jestem szalenie ciekawa, co wyjdzie z tej mojej telewizyjnej przygody, nie będę ukrywać, że pierwsze doświadczenie z kamerą było dla mnie fascynujące i bardzo pozytywne. Chętnie weszłabym w skórę medialnego zwierza i pobawiła się dłużej w tej bajkowej bańce. Podczas nagrania nie stresowałam się, ani nie denerwowałam. Było mi dobrze, po prostu okej. Szkoda, że skończyło się tak krótko.

Jestem panikarą i dlatego nie umiem zwyczajnie zamknąć pewnych spraw. Analizuję, przepuszczam fakty dokonane przez maszynkę nieopanowanych myśli. Czy siedziałam prosto, nie robiłam dziwnych min, mówiłam składnie i z sensem, nie popełniłam żadnej gafy? Jak moje wypowiedzi zostaną zmontowane, czy wszystko wyjdzie tak, jakbym tego chciała? Pozostaje mi czekać i nie rozpamiętywać, choć wygląda to na okrutnie skomplikowane zadanie.

Sierpień miałam spędzić w Częstochowie, ale Warszawa zatrzymuje mnie wciąż nowymi wyzwaniami, które podejmuję z entuzjazmem. Nagranie do programu, trzy castingi do pokazów, sesje zdjęciowe i nauka chodzenia, którą mam poprowadzić dla koleżanek z agencji. Dzieje się, chcę, by się działo, jeszcze więcej, jeszcze intensywniej, bo tak powinien wyglądać mój wolny od studiowania rok.




Człowiek-pech // Inspiracje

8/13/2013

Czasami zdarza się, że dopada nas fatalny pech. Inaczej nazwać nie potrafię użądlenia przez osę tuż pod okiem, na godzinę przed festiwalem Coke Live w Krakowie. Wyczekiwany od lat koncert ukochanej Florence widziałam przed podpuchnięte oko, choć emocje na scenie pozwoliły mi szybko zapomnieć o potwornym bólu i pieczeniu policzka. Najgorsze jednak było to, że w poniedziałek miałam zaplanowaną sesję zdjęciową. Myślałam, że skoro w sobotę z godziny na godzinę wyglądało to lepiej, do poniedziałku będę wspominać moje przygody z uśmiechem, a nie grymasem bólu na twarzy. Niestety w niedzielę jeszcze bardziej spuchło i zaczerwieniło się pół policzka, a w poniedziałek rano praktycznie straciłam pod opuchlizną pół oka, a twarz piekła i paliła tak, że chusteczka z owiniętym lodem, którą do niej przykładałam, w momencie robiła się ciepła. Było mi szalenie przykro, że musiałam przesunąć wyczekiwaną sesję, gdyż dawno nie miałam żadnych zdjęć, a zamysł przedstawiony przez fotografa szalenie przypadł mi do gustu. Całe szczęście nie chcieli znaleźć zastępstwa i wykorzystać do zdjęć innej modelki, więc efektami naszej współpracy na pewno się Wam pochwalę, jednak dopiero pod sam koniec sierpnia. Wczoraj ostatecznie wylądowałam u lekarza, dostałam zastrzyk sterydami w tyłek, lecz mój stan niewiele się polepszył.

Piszę Wam to wszystko, gdyż nie mogłam przestać myśleć o tym, jak musiałaby czuć się modelka, która z podobnego powodu odmawia nie sesji testowej, ale pierwszej okładki Vogue'a, kampanii Prady czy pokazu Chanel. Najważniejsze by stawić czoła przeciwnościom, bo nie wynikają z naszej winy, czy roztargnienia. Okrutny los sprawił, że rozjuszona osa wleciała na mnie żądłem, tuż przed jednymi z ważniejszych wydarzeń w moim życiu. Trochę popłakałam, pomarudziłam, pokrzyczałam. Teraz pozostaje mi okładać się lodem, łykać odczulające leki i smarować twarz maścią.

Trzymajcie kciuki, bym wydobrzała do soboty. Muszę wyglądać tego dnia, jak rasowa modelka, a nie czerwony balonik. 

Wszyscy mają Elle, mam i ja.

8/09/2013
http://www.elle.pl/
Najnowsza okładka polskiego wydania magazynu Elle wywołała zbiorowy okrzyk zachwytu wśród znawców świata mody (i nie tylko). Muszę przyznać, że i mnie zafascynował przepiękny portret królowej modelingu, rzucającej nam subtelne, a jednocześnie silne spojrzenie spod korony Dolce&Gabbana. 

Na stronie www.elle.pl czytamy: 

Do sesji okładkowej zaprosiliśmy Magdalenę Frąckowiak, zniewalającą piękność, która dzieli swój czas między Nowy Jork i Warszawę. Dwie okładki z top modelką były szeroko komentowane w mediach zagranicznych, zachwycał się nimi Huffington Post i blog Design Scene. Szczególne emocje budzi okładka kolekcjonerska, pokazana na Instagramie przez Stefano Gabbana. Minimalistyczny portret w czerni i bieli pokazuje Magdę ubraną tylko w koronę z nowej kolekcji Dolce & Gabbana. W środku numeru znajdziecie wyjątkowy wywiad z modelką, która szczerze ujawnia swoje kompleksy, opowiada o życiu z dala od nowojorskich bankietów i pracy nad własną marką biżuterii. KLIK

http://www.elle.pl/
Lubię czytać wywiady z polskimi topmodelkami. Fascynuje mnie, jak postrzegają świat z czubka usłanego różami kopca sławy, czy znajdę w nich szczerość myśli, czystość słów i niezmąconą sukcesem pokorę? Cóż, nie wiem, czy to zasługa dziennikarzy, zmyślnie redagujących wypowiedzi naszych rodzimych gwiazd, czy też te piękne dziewczyny rzeczywiście są nie tylko zjawiskowe, ale również miłe, ciepłe, a przede wszystkim świadome: tego, w jaki sposób znalazły się na szczycie, trudów, które pokonały, morza łez i wątpliwości, które same przepłynęły. 

Wywiad z Magdaleną przeczytałam jako pierwszy, zaraz po otwarciu świeżutkiego Elle. Zdjęcia mnie urzekły, to zdecydowanie jedna z najbardziej sensualnych, elektryzujących sesji, jakie ostatnie widziałam w polskim magazynie. Magda wygląda olśniewająco zarówno wtedy, gdy urzeka nas seksownym spojrzeniem, jak i na mojej ulubionej, uśmiechniętej fotografii. 

http://www.elle.pl/
Dawniej nie byłam wielką fanką jej urody, ale teraz uwielbiam twarz Magdaleny. Sesja dobitnie udowadnia, że nie trzeba być wychudzoną, kościstą, żylastą - to właśnie takie dziewczyny, jak Magda zachęcają nas do kupna bielizny VS! Sam wywiad czyta się bardzo przyjemnie, a Magda wbrew skrajnym opiniom, które o niej słyszałam, wydaje się być osobą niezwykle mądrą i skromną. Najbardziej spodobał mi się fragment o domu rodzinnym modelki, kochającej mamie, która obdarzyła córkę gigantycznym kredytem zaufania. Sama mam to szczęście, że z rodzicami łączy mnie szczególnie piękna, silna więź, nie nadszarpnięta upływem lat, okresem nastoletnich zmian czy studenckiej rozłąki. Do tej pory kocham wracać do domu, opowiadać im o wszystkim, iść z mamą na zakupy, kawę, ciasto, z tatą wypić wieczorem piwo na balkonie. To rodzice ułatwili mi start w modelingu, pozwolili ruszyć w wielki świat i wspierali na każdym kroku. Dlatego zdanie, które przeczytałam w Elle, mogłabym w ślad za Magdaleną powtarzać każdemu:  
Jak się jest kochanym w dzieciństwie, to się idzie w życie w ochronnym płaszczu.

Czy modelki da się lubić?

8/06/2013
Są szczupłe, ładne i jeszcze im za to płacą. No i jak tu polubić modelki?!

Większość osób przyporządkowuje nas do szufladki "śliczna i durna" lub "nadęta i pusta". Uroczo zadarte noski zadzieramy jeszcze wyżej, nie odpowiadamy "cześć" starym znajomym, bo przecież nie wypada. O zjawisku kompleksów wyczytałyśmy z pism dla kobiet, cellulit to dla nas jakaś egzotyczna nazwa. Mężczyźni codziennie obsypują nas kwiatami, a z torebką Chanel chodzimy nawet na basen. 


Cóż, uśmiecham się pod nosem czytając to, co napisałam powyżej. Nie znam żadnych topmodelek, dziewczyn z prawdziwym sukcesem na karku, z samymi okładkami Vogue'a w portfolio. Być może wśród takich dziewczyn konkurencja jest silniejsza, zawiść większa, a rywalizacja nie pozwala zbudować stabilnych fundamentów prawdziwej babskiej przyjaźni. W to jednak również nie chce mi się wierzyć, śledząc profile supermodelek na facebooku czy Instagramie. 




Modelki, z którymi przyszło mi mieszkać, a więc spędzać najwięcej wolnego czasu, w większości stały się moimi bardzo dobrymi koleżankami - osobami, na które mogłam i mogę do tej pory liczyć w każdej trudnej sytuacji, niezależnie od tego, jak wiele dzieli nas kilometrów i jak długo nie widziałyśmy swoich twarzy. Praktycznie z każdą z dziewczyn utrzymuję kontakt, z Polkami telefoniczny, z modelkami z zagranicy poprzez popularne portale społecznościowe. Spotykamy się, wspominamy, opowiadamy o sukcesach, problemach, chłopakach - nadrabiamy zaległości. Nie uwierzyłybyście, jak silnie można zżyć się z drugą osobą przez tydzień lub dwa (a co dopiero miesiąc!) i jak wiele bratnich dusz czeka na odkrycie. Wszystkie trudności, które niesie ze sobą ciężka branża mody, łatwiej przezwyciężać wspólnie, niż w pojedynkę. 

Już wiemy, że modelki przyjaźnią się między sobą, ale czy możliwe, by zwykły śmiertelnik obdarzył modelkę zaufaniem? Czy te długonogie chudziny mają w ogóle do kogo wracać z dalekich, zagranicznych wojaży? Ludzie w liceum, którzy mnie nie znali, odnosili się raczej z dystansem. Do tej pory nie lubię zdradzać nowo poznanym osobom, czym się zajmuję, obawiając się, że od razu dostanę od nich określoną łatkę. Nauczona wieloletnim doświadczeniem, wolę opowiadać o swojej pracy dopiero po bliższym poznaniu. Przyjaciele sprzed "epoki modelingu" pozostali jednak ci sami - tak samo szczerzy, ciepli, otwarci, wciąż tak samo moi. Czy we mnie modeling obudził wredną sukę, zapatrzoną w siebie gwiazdę, królową wybiegów? Nie ja powinnam to oceniać, choć myślę, że uczynił coś zupełnie odwrotnego: nauczył pokory, uwypuklił moje braki  i otworzył oczy na to, że najważniejsza jest przyjaźń.


O ciężkim zawodzie pijara

8/04/2013
Chłopaki, wyobraźcie sobie przez chwilę, że możecie zmienić obecnie wykonywaną profesję na dowolny zawód świata. Dziewczyny, wyobraźcie sobie przez chwilę, że jesteście mężczyzną. 

Oto Wasza praca marzeń: zabieracie na imprezy do klubów długonogie modelki, a w zamian za to dostajecie przyjemną sumkę do przytulenia. Brzmi całkiem spoko? No właśnie. Powyższy opis to bardzo skrócona i spłycona definicja pracy pijara. A kim właściwie jest pijar?

Pijar (czy też PR) zajmuje się promocją - baru, do którego zabiera dziewczyny na lunch, restauracji, w której jada z modelkami kolacje oraz klubu, w którym po kolacji bawią się do białego rana. Umowa jest bardzo prosta: oni przyprowadzają piękne dziewczyny do konkretnych lokali, które dzięki temu zwiększają liczbę klientów płci przeciwnej. Dlatego też pijarzy zawsze jedzą w tych samych barach i bawią się w tych samych klubach.

Restauracja w klubie Just Cavalli, Mediolan

1. Werbowanie

Zawód pijara jest szczególnie popularny w Mediolanie. Odwiedzałam wiele miast świata, ale tylko we Włoszech pijarzy są dosłownie wszędzie, na każdym większym castingu krążą wokół niczego nieświadomych dziewczyn jak wygłodniałe sępy. "Hi, what's your name? Where are you from?", zagajają, po czym wdają się w krótką rozmowę, starając się zainteresować modelki swoją osobą w szczery, miły i uprzejmy sposób. Dopiero na końcu przechodzą do sedna sprawy, wpychając nam do rąk swoje wizytówki i obiecując, że za minutkę odnajdą nas na facebooku. I rzeczywiście jeszcze tego samego wieczora dziewczyna dostaje zaproszenie na kolację oraz imprezę w bardzo modnym klubie. Oczywiście nie musimy się na to zgadzać, jednak ignorowanie codziennych zaproszeń (na lunch, na apertivo, na kolację i na imprezę) staje się w pewnym momencie męczące. Często poznajemy pijarów przez koleżanki, które już wcześniej z nimi wychodziły i tak wkręcamy się w wielką, napędzaną spiralą wzajemnych korzyści, machinę.

2. Lunche, kolacje

Grup pijarów w Mediolanie jest kilka. Jeśli zdecydujemy się na jedną, lepiej nie wychodzić z innymi, gdyż jedni dla drugich stanowią zasadniczą konkurencję. Lunch jest organizowany zawsze w jednym i tym samym lokalu, o jednej i tej samej godzinie. Kiedy przychodzimy na lunch, możemy za darmo wybrać dla siebie jedzenie, ale nie mamy zazwyczaj do dyspozycji całego menu - pijarzy za nas "płacą", ale na pewno nie płacą zbyt wiele. Tak samo rzecz wygląda w restauracji. Dostajemy to, co oni dla nas zamówią. Przeważnie jest to pyszne i nie mamy na co narzekać, jednak pamiętam sytuację, kiedy koleżanka została zaproszona przez pijarów na kolację do baru sushi - wybrała sobie zestaw, który jednak okazał się za drogi. Jeden z pijarów podszedł do niej i dyskretnie oznajmił, że za ten sushi set będzie musiała zapłacić sama, gdyż oni mogą wybierać tylko z listy zup i makaronów. Zszokowana koleżanka zamówiła to, co chciała, zapłaciła za siebie, a po kolacji wyszła...

3. Imprezy

Pijarzy nas na nie zawożą, pijarzy nas z nich zabierają. Decydując się na wyjście razem z nimi, zobowiązujemy się do zabawy w ich gronie, przy ich stoliku i do godziny, którą oni wybiorą. Jeśli następnego dnia mamy pracę lub castingi wcześnie rano, możemy poprosić o podwiezienie nas wcześniej, jednak nie wypada robić tego na każdej imprezie, gdy wszyscy inni wciąż wyśmienicie się bawią. Co pijemy? Wiadomo, darmowe drinki. Nie nastawiajcie się jednak na orzeźwiające Mohito czy dające porządnego kopa Long Island. Podobnie jak w przypadku lunchu i kolacji, mamy do wyboru tylko tańsze propozycje, to znaczy: vodka-lemon, vodka-coke, vodka-soda... Red Bull jest już za drogi.

Just Cavalli club, Milano

Dla mnie jest to już zjawisko tak powszechne, że wiele istotnych kwestii mogło umknąć mojej uwadze. Jeśli więc macie jakieś pytania czy wątpliwości co do zawodu pijara, piszcie w komentarzach, postaram się odpowiedzieć i rozwiać Wasze wątpliwości.
SZABLONY RZECZYLADNIEJSZE.PL