Testy z Justyną Metrak-Radon

3/26/2013









Wyjazdowa lista przebojów

3/22/2013
Dzisiaj dość nietypowy post! Przedstawiam Wam moje "TOP 10" wyjazdów modelingowych, czyli 10 utworów, które albo podczas wyjazdu odkryłam albo z danym miejscem kojarzę i kojarzyć już zawsze będę. Macie takie piosenki, które przywołują na myśl wciąż jedno i to samo miasto, zdarzenie lub konkretne osoby? Założę się, że tak! ;-)



 New York




Tokio 09





Paris






Tokio 2010





Najdziwniejszy casting

3/19/2013

Kiedy dowiaduję się o castingu mającym miejsce w jednym z warszawskich hoteli, dobrze wiem, na jaki typ spotkania się przygotować. Scout będzie czekał w swoim pokoju, każda modelka wchodzi pojedynczo, przeprowadzamy raczej luźną rozmowę, a jeśli wykaże zainteresowanie, wtedy należy założyć bikini. Łatwe to i przyjemne, dużo lepsze, niż castingi w agencji, gdzie można się zawsze zestresować obecnością osób trzecich. Na dzisiejszym castingu do paryskiej agencji Woman osób trzecich było zdecydowanie zbyt wiele.

Przyjechałam do Novotelu na godzinę 20 z zamiarem wyszukania scouta Woman w jego hotelowym pokoju. Na miejscu okazało się, że w holu zdążyła się już zgromadzić spora grupka dziewczyn, które jednak nie miały zielonego pojęcia, gdzie należy się udać. Ostatecznie jakiś miły pan poinstruował nas, że casting odbywa się w "Liliowej" sali konferencyjnej - jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam kilkanaście rzędów krzeseł zapełnionych modelkami oraz chudzinkę w samym bikini, przechadzającą się na oczach wszystkich przed kamerą scouta. Na dodatek nie istniała żadna lista, na którą można było się wpisać i cała sala dziewczyn po prostu oczekiwała na swoją kolej. Razem z niektórymi modelkami przesiadywali również bookerzy oraz... rodzice. Nie muszę chyba zaznaczać, że średnim komfortem wydało mi się świecenie tyłkiem przed tatusiami 14-letnich dziewczynek. Na szczęście znalazłam bratnią duszę, z którą przegadałam całe dwie godziny (bardzo serdecznie ją pozdrawiam!;-)). Tak, dwie godziny. Dziewczyn było naprawdę sporo i prawie każdą z nich scout chciał zobaczyć w bikini. I tutaj zaczyna się kolejny dziwaczny i mało przyjemny aspekt tego castingu. Nie miałyśmy wydzielonego żadnego miejsca do przebrania. Oczywiście, można było szukać toalety, z czego część dziewczyn skorzystała, jednak większość przebierała się (lub rozbierała, jeśli - tak, jak ja - założyły bikini pod ubranie) w kucki na tyłach sali. Zaznaczę, że do sali wejść mógł każdy, kto akurat przechadzał się między salami konferencyjnymi warszawskiego Novotelu. Paradowanie przed tłumem innych modelek w samym bikini to też żadna frajda. Każda z nas ma swoje kompleksy, które chowamy szczelnie, gdy w grę wchodzi pełen profesjonalizm bookerów i innych pracowników agencji. Nie powinnyśmy jednak zostać zmuszane do świecenia kościstymi tyłkami przed salą pełną "konkurencji". Wiadomo, część dziewczyn nie zwróci na inne uwagi, ale druga część będzie żałośnie komentować. I po co nam to?

Nie wiem, co wyniknie z dzisiejszego castingu, ale przynajmniej znalazłam się w grupie "przebierających", tzn. zostałam dokładnie zmierzona (biust, talia, biodra), zrobiono mi polaroidy, nakręcono krótki filmik. Nie wróciłam do domu z poczuciem zmarnowanego czasu. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, choć mocno krępujące, nawet dla doświadczonej modelki. Musicie bowiem zrozumieć, że naprawdę nie przeszkadza mi pozowanie w bikini przed obiektywem ani w agencji podczas polaroidów, jednak istnieją pewne granice profesjonalizmu, których nie lubię przekraczać. Pierwsze skojarzenie, jakie nasunęło mi się po wejściu do "Liliowej" sali to wybieg dla rasowych koni albo pokaz zwierząt w cyrku. Jakieś to było wszystkie nieludzkie. Cieszę się, że przynajmniej doczekałam do samego końca i moje popisy w kostiumie kąpielowym oglądał nie tłum, a zaledwie garstka niedobitków ;-)

Naturalna elegancja

3/13/2013

Telefon alarmowy

3/11/2013

Dzisiaj mija równo tydzień odkąd skradziono mi portfel. Być może stało się to na kampusie Uniwersytetu, być może podczas trwającej jakieś 3 minuty jazdy autobusem numer 222. O godzinie 11 portfel był ze mną, jednak, gdy o 13 sięgnęłam po niego do torby, by zapłacić za ukochane sojowe cappuccino, oblał mnie zimny pot. Był to pierwszy raz, gdy zginęło mi coś tak cennego i pierwszy raz, kiedy zostałam okradziona. Pierwszy "telefon alarmowy"? Oczywiście do mojego chłopaka, który uspokoił mnie i poinstruował, co robić w takiej sytuacji. Po długich godzinach nerwów, opuszczonych zajęć, blokowania karty i dowodu oraz prób umówienia się po ekspresową receptę na tabletki (ostatnie opakowanie, z którego wybrałam dokładnie połowę miałam ze sobą w portfelu) zadzwonił telefon, a przemiła pani z biura rzeczy znalezionych studentów UW poinformowała mnie, że ktoś znalazł w śmietniku mój portfel ze wszystkimi dokumentami i wspaniałomyślnie oddał we właściwe ręce. Za pomocą elektronicznej legitymacji znaleziono mój numer telefonu w USOSie i dzięki temu odebrałam wszystkie zguby - oprócz pieniędzy oczywiście.

Ta sytuacja uświadomiła mi, jak łatwo przychodzi nam wszystko, gdy mieszkamy w ojczystym kraju, gdy możemy w każdej chwili zatelefonować do bliskiej osoby, która uspokoi, wytłumaczy, pomoże. Jak bezpiecznie możemy się czuć, gdy w kryzysowej sytuacji istnieją dobrze nam znane instytucje, gdzie możemy pójść i wyjaśnić, co się stało. Jednak takie przypadki zdarzają się również na wyjazdach modelingowych - oj zdarzają, i to bardzo często! Do kogo więc wtedy powinnyśmy zadzwonić? Gdzie pobiec? Komu płakać w słuchawkę?

W takiej sytuacji pierwszym telefonem alarmowym powinien być ten do agencji. Tej, w której aktualnie pracujemy. Musimy mieć zaufanie do naszych bookerów, spokojnie wytłumaczyć, co się stało. Do agencji powinnyśmy zadzwonić w każdej kryzysowej sytuacji: kiedy zostaniemy okradzione, napadnięte, zastraszone, kiedy zauważymy, że jakieś niepożądane osoby kręcą się wokół naszego budynku, kiedy współlokatorki zbyt intensywnie imprezują w pokoju obok, nie pozwalając nam wyspać się przed ważnym dniem pracy, kiedy czujemy, że łapie nas grypa czy nawet zwykłe przeziębienie. Oczywiście żadna agencja nie jest wszechmocna i wszechwiedząca, a nie każdy booker będzie czuł potrzebę pomocy swojej podopiecznej, jednak zanim przyprawimy naszych rodziców o zawał serca spanikowanym telefonem, spróbujmy zaufać ludziom, dla których pracujemy i którzy podjęli się opieki nad nami. Jeśli agencja zagraniczna nie wykona żadnego ruchu, wtedy koniecznie zaalarmujmy do agencji-matki w Polsce!

***

Zostałam po raz kolejny otagowana w "blogerskiej zabawie" ;-) Tym razem przez Whiness, za co bardzo dziękuję i w końcu postanawiam odpowiedzieć na zadane mi pytania.

1. Trzy powody dla których warto według Ciebie pokochać zimę, to…
Wigilia, 25 grudnia, 26 grudnia. Nie znoszę zimy!
2. Trzy słodkości, z którymi pojechałabyś na bezludną wyspę… 
Fasolowe brownie, bananowo-kakaowe muffinki, masło orzechowe
3. Jaką potrawę ostatnio „udało” Ci się popsuć? ;) 
Często jestem skrajnie krytyczna wobec swoich kulinarnych zdolności. Stricte "popsutej" nie pamiętam.
4. Lubisz planować, czy wolisz żyć z dnia na dzień? 
Niestety ciągle planuję.
5. Kulinarna słabość, to…?
Szpinak, wszelkiego rodzaju sery i sushi
6. Jakie zwierzę egzotyczne chciałabyś mieć, gdybyś mogła założyć domowe mini zoo?:)
Małą pandę
7. W jakim mieście na świecie chciałabyś zamieszkać, gdyby nie było Polski?
Nowy Jork
8. Stukot kół pociągu czy gładki asfalt autostrady?
Odkąd zrobiłam prawo jazdy zdecydowanie autostrada ;-)
9. Czy jest jakaś dyscyplina sportowa, której jesteś fanką?  
Nie
10. Słuchasz jakiegoś radia? Jakiego?
Chilli Zet
 11.Do jakiego programu telewizyjnego chciałabyś zostać zaproszona jako gość? Pełna dowolność!
Chętnie porozmawiałabym sobie z Kubą Wojewódzkim


Kiedy trzeba powiedzieć NIE ?

3/06/2013

Modeling wygląda zupełnie inaczej, kiedy wiemy, kim jesteśmy, czego chcemy i do czego nikt nie może nas przymusić. Młodym dziewczynom, które dopiero stawiają pierwsze kroki na wybiegu, trudniej jest mówić "nie" w sytuacjach wymagających pełnej asertywności. Nie mówię tutaj absolutnie o żadnych skrajnych przypadkach, typu niemoralne propozycje, bo takie w modelingu (tym prawdziwym!) zdarzają się raz na milion. Chodzi mi raczej o decyzje związane stricte z naszą profesją oraz ciałem, czyli właściwym narzędziem pracy modelki.

Czasami modeling wymaga od nas powiedzenia głośno i wyraźnie: "nie zrobię tego"
Nie przefarbuję włosów na potrzeby pokazu w Chinach, za który nawet nie zobaczę pieniędzy.
Nie pojadę na drugi koniec Polski na darmowe testy.
Nie będę pozowała w kostiumie kąpielowym na śniegu przy minus 10 stopniach mrozu.
Nie będę skakała w 15 centymetrowych szpilkach na dziecięcej trampolinie.
Nie będę zdejmowała stanika, tylko dlatego, że fotograf wpadł na pomysł arcykobiecego zdjęcia.

Oczywiście na każdy z powyższych przykładów mogłybyście odpowiedzieć "jasne, bardzo chętnie". I to byłoby naprawdę super, gdyż podstawą dla każdej pracy (nie tylko modelki) jest wyznaczenie jasnych, czystych i uczciwych granic oraz zasad, których konsekwentnie przestrzegamy. Lubimy farbować włosy? Proszę bardzo. Stać nas na bilet do Gdańska, żeby zrobić darmowe zdjęcia? Ekstra! Nie przeszkadzają nam mróz, trampolina czy pozowanie topless? To rewelacyjnie.  

Najważniejsze, by nie przejmować się tym, że coś MUSIMY i brnąć po kostki w szambie, które same na siebie wylewamy. Wiele agencji na początku współpracy prosi modelkę o wypełnienie formularza, w którym zaznacza, jaki rodzaj prac decyduje się podjąć. Przykładowo agencje w Tokio zawsze pytają o umiejętności sportowe, taneczne, wokalne, możliwość pozowania nago/topless/w stroju kąpielowym, umiejętność prowadzenia samochodu itp. Dzięki temu nie zostajemy nawet wysłane na żaden z castingów obejmujących tematykę, której nie chcemy podejmować.

Bywa jednak i tak, że przyjeżdżamy na sesję, która wcale nam się nie podoba. Mamy nieciekawą fryzurę, słaby makijaż, ubrali nas jak clowna i jeszcze każą skakać na skakance. Jeśli jest to sesja do magazynu/lookbooka/katalogu/kampanii, czyli czegoś, za co nam PŁACĄ, wierzcie mi, że będziecie skakać na tej skakance tak energicznie, jak nigdy wcześniej. Problem zaczyna się, gdy mowa o testach, czyli zdjęciach mających pomóc w rozbudowie portfolio. Jeśli wyjdą dobrze, uświetnią naszą książkę, jeśli jednak agencja uzna, że nie nadają się do publikacji - całe nasze skakanie pójdzie na marne. Z własnego doświadczenia wiem, że jeśli na sesji testowej fotograf zbytnio kombinuje z pozami, stylistyką czy Photoshopem, zdjęcia nie trafiają do mojego portfolio. Dlatego też na takich testach włącza mi się opcja "nie chcę, to nie ma sensu, skończmy jak najszybciej" i całe pozowanie nie ma większego sensu ani tym bardziej żadnej przyjemności. Czy w takim razie możemy powiedzieć "nie robię tego, dziękuje, dobranoc"? Otóż nie, gdyż w dalszym ciągu jest to nasza PRACA. Nieodpłatna, lecz załatwiona przez agencję. Nie możemy wycofać się z sesji tylko dlatego, że nie odpowiada nam jej stylistyka! Jeśli jednak zdarzyłoby się, że na podobnej sesji każą nam wykonywać ćwiczenia gimnastyczne, które mogą narazić nasze ciało i przed którymi czujemy lęk i dyskomfort albo zostajemy zmuszone do biegania boso po śniegu, bo akurat tego zażyczył sobie fotograf - NIE BÓJMY SIĘ MÓWIĆ NIE! 

Dopóki Patrick Demarchelier nie każe nam turlać się po zamarzniętym jeziorze, Terry Richardson nie poprosi o zapuszczenie brody, a Karl Lagerfeld nie zechce, byśmy przeszły po wybiegu w grożących złamaniem otwartym szpilkach, bądźmy asertywne i nie dajmy się przekonać do tego, co narusza nasze osobiste przekonania, przekracza wyznaczone przez nas same granice lub uwłacza naszemu poczuciu godności. 





Vogue Nippon (April 2009)

3/01/2013
25 marzec,
godzina 4:47 rano
W dalszym ciągu nie dociera do mnie, że jadę na sesję zdjęciową dla Vogue'a. To przecież nie ja jestem typem modelki pracującej, modelki, którą chciałby mieć na swoich stronach (i to aż sześciu!) ekskluzywny magazyn. Ja nawet nie zrobiłam nic w Polsce. Skąd więc się wzięło to moje szalone szczęście, mój urodzinowy prezent, który niespodziewanie sprawiłam samej sobie? Vogue Nippon na osiemnaste urodziny. Sounds nice.
Długo zastanawiałam się, czy jest jakikolwiek sens w kładzeniu się do łóżka na tak krótko, ale ostatecznie padłam jak nieżywa i przez jakieś dwie godziny spałam snem kamiennym. Wstałam o 3:50, kawa i chipsy na śniadanie, chotto* niezdrowo, chotto not my style. 

10:58
Jadę do ostatniego miejsca zdjęć wpierniczając chipsy. Mam tak piękny makijaż, jak nigdy wcześniej, na żadnej innej sesji. Nawet zbytnio nie wymarzłam, gdyż drugą partię zdjęć robiliśmy w cieplutkim studio.

14:00
Piję piątą kawę. Muszę się obudzić, druga praca dopiero przede mną. Pochłonęłam tonę ciastek i czekoladek. Makijaż na dzisiejszym pokazie będzie chyba zaskakująco normalny, więc jeśli nie wycudują czegoś z włosami, mogę iść do Lexa** prosto po pracy. Ha! 







* chotto - po japońsku oznacza "troszkę, trochę"
** Lex, czyli mój ulubiony klub w Tokio ;-)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
SZABLONY RZECZYLADNIEJSZE.PL