Dzienny jadłospis

11/29/2012
Dostaję od Was często maile z pytaniem o dzienny jadłospis. Wydaje mi się troszkę dziwne opowiadać o tym, co po kolei zjadłam danego dnia, ale skoro wciąż o to pytacie - spełniam Waszą prośbę i podaję dzisiejszy "jedzeniowy rozkład dnia".

śniadanie:
jogurt Jogobella light z dużą ilością płatków owsianych, orzechami, żurawiną i suszonymi wiśniami
kawa z mlekiem

II śniadanie:
kasza manna na mleku (szklanka mleka, 3 łyżki manny) z kaki, masłem orzechowym, jogurtowymi płatkami Fitness

15:00 
grande cappuccino na mleku sojowym ze Starbucksa 

obiad:
wrap pełnoziarnisty z serem żółtym, hummusem i sałatą lodową

kolacja:
serek wiejski z oregano, bazylią i 1/2 pomidora
garść orzechów (ziemne, włoskie, migdały, nerkowce)
mandarynki
czarna herbata

Barcelona part 1

11/26/2012
Tokio pokazało mi, jak ciężko jest modelce bez pracy. To pewnie frustracja podobna tej, jaką odczuwają niedoceniani piosenkarze, malarze czy aktorzy, tylko, że w ich wypadku ocenie podlega talent oraz warsztat artystyczny, w naszym zaś wygląd, wymiary, rzadziej uśmiech na twarzy i charyzma. Barcelona to miasto, w którym nie pracowałam w ogóle. Piękno Hiszpanii nie potrafiło uratować mnie przed skrajnie depresyjnymi myślami, zaniżeniem samooceny i częstym płaczem. Wspominając mój miesięczny pobyt w Barcelonie będę musiała po raz kolejny zniekształcić cukierkowo-bajkowy wizerunek modelingu, chociaż opowiem też o cudownych momentach, bo i takich było wiele :-) 

Dzisiaj na rozpoczęcie hiszpańskiej przygody pierwsza porcja zdjęć (nigdy nie byłam wybitnym fotografem, więc za jakość przepraszam).













Spotkanie z dziewczynami z Tokio

11/17/2012
24 maja 2008,
w pociągu do Warszawy
Gdyby nie mama tłukłabym się 5 godzin autobusem. Wyciągnęła właśnie nogi, czyta gazetę, zamknięta w kształcie swojej prywatności. Kto ma tam dostęp, ten jest szczęściarzem. Czasami, obserwując jej smukłą twarz, wystające kości policzkowe, wąskie oczy (nie jak moje - dziecięco okrągłe), kształtne usta, uświadamiam sobie moją wobec jej urody małość, wybrakowane powielenie, nieudaną kopię. Patrzę w lustro i zauważam to, czego nie ma, a być z racji genów powinno. Dziwnie łączą się ze sobą te zaczątki cielesności, zapowiedzi wzbogacenia świata o nowonarodzony krzyk. Ciekawe, co myślała moja mama pierwszy raz widząc w zaklejonych niewiedzą oczach własne odbicie. Dorastanie dziecka to dla rodzica bezustanny spacer po gabinecie krzywych luster.

Mam wrażenie, że stoję w miejscu, biernie przełykam każdy dzień, psuję swoją młodość i jestem przerażona. Może należałoby wymyślić się na nowo, sporządzić spis brakujących zalet i ruszać się, ruszać, być wszędzie obecną. Boję się swojej niewidzialności, nie lubię jej, nie chcę żyć przyjaźnią zamkniętą w fotografii. Tkwię w życiu "jak owad w kropli bursztynu", jeszcze oddycham młodością, a już nieruchomieję. Jest we mnie ciepło - brakuje pożaru. Jest we mnie skłonność - brakuje szaleństwa, jest też rozsądek - brakuje jego braku. Ludzie są mi potrzebni, lecz mam ich ciągle za mało.
   
Jem bułkę. Słońce upycha ciepło w rozrzedzeniach chmur, jasne plamy kładą się na obiciach siedzeń. Dojeżdżamy do Koluszek, przebudowują stację. Pamiętam poranną przesiadkę podczas grudniowej podróży z dziadkiem. Modlę się o kolejną pracę, a jej nie dostaję. Nie narzekam - nie rozumiem. 


19:15,
pociąg powrotny do Częstochowy
To nie Tokio zbudowało między nami most porozumienia. Same, z własnej woli nauczyłyśmy się siebie nawzajem, a mimo to wkleiłam nasze twarze w jakiś nieruchomy pejzaż, zasuszyłam gesty, wzruszenia, dyskusje. To, co nas bawiło, smuciło, zajmowało, brało swój początek ze wspólnego doznawania. Wspólna codzienność zobowiązuje do akceptacji, a akceptację od przyjaźni oddziela cienka linia. Uwielbiam moje japońskie dziewczyny, ale ciesząc się ich obecnością jednocześnie umieram z tęsknoty i uginam się odruchowo pod ciężarem świadomości, że już nie będziemy takie same, jakie byłyśmy razem w Tokio. Trzeba pamiętać każdy ranek, każdy wieczór, jazdy na castingi, McDonalda w środku nocy, sake, głupawki, zakupy, naleśniki, mandarynki jedzono o trzeciej nad ranem. 
  
Spałaszowałam dzisiaj świetne sushi. O., Warszawianka z urodzenia i wyboru, zaprowadziła nas w sprawdzone miejsce, gdzie sushi jest nie tylko smaczne, ale i w przyzwoitej cenie. K. oczywiście poprzestała na coli z lodem, ale przecież ją za to kochamy. Potem wylądowałyśmy na lodach w Mc, a ja nie mogłam się przyzwyczaić do K. rezygnującej z ulubionego McChickena. Jakoś mi przykro, że pozmieniały jej się smaki. Chyba chciałabym zatrzymać obie niezmienione, przekalkowane ze wspomnień na płaszczyznę teraźniejszości. Ja również musiałam im się wydać inna, gdy z zapałem pochłaniałam loda z podwójnym karmelem. 







(Zdjęcia znalezione w Internecie. Nie są mojego autorstwa.)

3xO

11/15/2012
Ostatnio padło wiele pytań na temat mojej (rzekomo idealnej) cery i sposobów jej pielęgnacji. Brak problemów ze skórą twarzy jest na pewno uwarunkowany wieloma czynnikami, jednak nie zwalnia to żadnej z nas z obowiązkowego programu 3xO, czyli: OCZYSZCZANIE, ODŚWIEŻANIE, ODŻYWIANIE. 


OCZYSZCZANIE
Muszę mieć naprawdę dobry powód, by położyć się do łóżka bez uprzedniego umycia twarzy odpowiednim kosmetykiem, pozbywając się wszelkich zanieczyszczeń oraz makijażu. Zdarza się to naprawdę rzadko i najczęściej wtedy, gdy jestem tak wykończona, że bezwiednie zasypiam lub wtedy, gdy wypiję o jeden kieliszek wina za dużo ;-) 
Moja skóra nie potrzebuje bardzo wymagających kosmetyków. Nie jest ani tłusta ani zbyt wysuszona, jednak od zawsze borykam się z problemem kruchych naczynek, dlatego wybieram kosmetyki łagodne, nie podrażniające skóry, często atopowe przeznaczone dla cery wrażliwej. Kosmetyk, którego obecnie używam to pianka myjąca od Lirene. Pięknie pachnie i można nią spokojnie przemywać również oczy.


1-2 razy w tygodniu dodatkowo oczyszczam skórę twarzy peelingiem, ale nigdy grubo czy drobnoziarnistym, gdyż takie są absolutnie niewskazane dla cery naczynkowej. Mój wybór to peeling enzymatyczny, który jest bardzo łagodny i nie podrażnia skóry. Nakładam go na twarz, delikatnie masuję i pozostawiam na parę minut. Spłukuję ciepłą wodą.



 ODŚWIEŻANIE
 Jeśli chodzi o odświeżanie skóry, to muszę się powtórzyć i po raz kolejny zachwalić płyn micelarny. To naprawdę rewelacyjny kosmetyk, po którym od razu poczujecie różnicę. Nie podrażnia, można zmywać nim również okolice oczu, doskonale usuwa resztki makijażu. Osobiście od kilku lat używam płynu Biodermy. Nasączonym wacikiem przemywam całą twarz i szyję po uprzednim umycia jej pianką. 




ODŻYWIANIE
Dobry krem dopasowany do Waszych indywidualnych potrzeb to podstawa. Ja lubię próbować nowe kosmetyki, dlatego za każdym razem eksperymentuję, decydując się na inną firmę. Przez długi czas używałam nawilżających kremów od Avene oraz La Roche-Posay, ale obecnie stawiam na tańsze odpowiedniki. Z polskich marek bardzo cenię sobie Tołpę oraz AA. Obecnie na mojej półce znajdują się dwa kremy - na dzień wyrównujący koloryt skóry BB od Garniera oraz nawilżający marki Olay na noc. Oba moim zdaniem godne polecenia.





Po zastosowaniu 1-2 razy w tygodniu enzymatycznego peelingu dodatkowo odżywiam i nawilżam skórę twarzy, szyi i dekoltu maseczką. Na tym polu bardzo lubię eksperymentować ;-) Najczęściej wybieram takie, które należy pozostawić do wchłonięcia, a nie zmywać po 10-15 minutach wodą, jednak ostatnio przekonałam się do tych z glinką od firmy Ziaja. Cudnie pachną i są w naprawdę bardzo przystępnej cenie (około 1,50zł za saszetkę, która mnie wystarcza na co najmniej 3 użycia). 




Mam nadzieję, że przydadzą się moje porady, a w razie pytań - nie krępujcie się :-) 
Zawsze na wszystkie odpowiem - w komentarzu, mailu lub poprzez nowy post. 

 

Najlepsza praca i najdziwniejsze śniadanie

11/11/2012
Autor nigdy w żadnym znaczeniu tego słowa, nie sfotografował Japonii. Wręcz przeciwnie, to Japonia oświetliła go błyskiem wielu gwiazd; albo jeszcze inaczej mówiąc: to Japonia zmusiła go do pisania.
- Roland Barthes


Było o tym, jak bardzo zimno, jak ciemno, źle, tęskno i niedobrze. Czas, aby Was trochę rozweselić, bo modeling oprócz wielu trudnych zmagań, częstych upokorzeń, to również najpiękniejsza przygoda, której nie można powtórzyć, wyjątkowa w swej jednorazowości i dostępna tylko dla wybranych.

Zacznijmy jednak od wyprostowania jednej istotnej kwestii. Wyjeżdżając na dłuższy (mam na myśli ok. miesięczny) kontrakt nie mamy ZAGWARANTOWANEJ pracy. Jedziemy, jakby to można powiedzieć, w ciemno. Castingi, na które będziemy biegać każdego dnia zadecydują o naszym zapracowaniu lub tymczasowym bezrobociu. Zdarza się, że dziewczyny, które szturmem zawojowały mediolańskie wybiegi, nie mają czego szukać w Paryżu i vice versa. Każdy rynek rządzi się swoimi prawami i zanim wyrobimy sobie własne bezpieczne miejsce w branży, zanim nasze nazwisko stanie się marką i wizytówką, musimy liczyć się z tym, że w różnych miastach na świecie będziemy różnie traktowane. Niekiedy PRACY NIE MA W OGÓLE. Nic a nic. Przez cały miesiąc. Doświadczyłam tego i jest to okrutnie frustrujące. Zaczynasz zastanawiać się, co tu właściwie robisz, po co trwonisz swój cenny czas i pieniądze, opuszczasz szkołę, przyjaciół, a przede wszystkim - co do cholery jest z Tobą nie tak?! Jesteś za niska? Przecież niższe pracują. Za wysoka? Pracuje ta z metrem osiemdziesiąt. Za chuda? Pracują chudsze. Za gruba? Przecież tu lubią cycate. I tak w kółko. Do zwariowania, wpadnięcia w depresję albo mordercze otępienie. Kiedy pracujemy wszystko jest ok, lecz miesięczna gonitwa po bezowocnych castingach przynosi uczucie porażki, najbardziej gorzkie z możliwych. Czasami zdarza się również, że - jeśli dziewczyna w ogóle nie pracuje, czytaj nie przynosi żadnych zysków - agencja odsyła ją do domu wcześniej, przed upłynięciem terminu wyznaczonego w kontrakcie. Cóż, nie będę ukrywać, że na wyjazdach bardzo często płakałam.

Pracę, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć zabukowałam już pierwszego dnia castingów w Japonii. Było to mocno zaskakujące, jeśli pamiętacie, co pisałam o przyjeździe do Tokio. Nieumyta po podróży w pogniecionych ubraniach, ze wzrokiem mówiącym "błagam, dajcie mi spać"...
Była to praca dla mnie dosyć nietypowa, gdyż obejmowała dwudniowy wyjazd poza granice Tokio. Wraz z Ksenią, rosyjską modelką, miałyśmy zostać twarzami nowej kampanii marki ubrań Natural Beauty.

W piątek przyjechaliśmy do pięknego, tradycyjnego japońskiego hotelu (KLIK). Około 22 zaczęliśmy nocną sesję przy basenie. Było bardzo mroźno, a my oczywiście w samych sukieneczkach. Wymarzłam okrutnie, jednak po powrocie do pokoju czekała na nas cudowna niespodzianka: JEDZENIE <3





Ksenia zaproponowała, że po takim wymrożeniu organizmu powinnyśmy się teraz maksymalnie rozgrzać, co umożliwi nam kąpiel w gorących źródłach (KLIK), znajdujących się na terenie hotelu. Było już po 23, a jako, że źródła zamykano o północy czym prędzej popędziłyśmy na dół. Aby wejść do japońskiego onsenu, należy rozebrać się do naga. Na szczęście o tej porze Ksenia i ja byłyśmy jedynymi gośćmi ;-) Opłukałyśmy się pod prysznicem i z małym ręczniczkiem w dłoni wsunęłyśmy zmarznięte ciała w bajkową scenerię parującej znad kamieni wody. 





Nie potrafię opisać słowami, co czułam w tamtym momencie. Z głową opartą na kamieniu, skórą przesiąkniętą gorącem japońskiego źródła, wpatrując się w nieprzyzwoicie rozgwieżdżone niebo.

Po powrocie do pokoju przebrałyśmy się w pozostawione przez hotelową obsługę kimona i wsunęłyśmy w przygotowane dla nas na podłodze posłanie. Każdy dopracowany do perfekcji szczegół pozwalał poczuć się prawdziwą mieszkanką Japonii. Kultura i obyczaje tego bajkowego kraju przenikały do mojej krwi i pulsowały we mnie zgodnym, jednostajnym rytmem.

Następnego dnia rano czekało na nas ŚNIADANIE. Tradycyjne, japońskie śniadanie, które zjedliśmy na kolanach, w jednym pokoju wraz z całą ekipą Natural Beauty. Ryba, ryż, marynowane warzywa - to tylko niektóre z przysmaków, które znalazły się na moim stole. Panie w kimonach co jakiś czas pytały, czy nie potrzeba nam więcej zielonej herbaty, a jeśli tak - dolewały jej z pięknych, parujących czajniczków.






Po jakże dziwnym, choć przepysznym i pożywnym śniadaniu rozpoczęliśmy pracę nad kolejnymi zdjęciami. Wieczorem wsiedliśmy do naszego autokaru i po trzech godzinach znalazłam się z powrotem w hałaśliwym, zatłoczonym Tokio.

Piżamka :-)
Widok z okna

Ja i Ksenia
Tutaj robiliśmy nasze zdjęcia
Ksenia podczas pracy



Przerwa w zdjęciach
Nasza ekipa Natural Beauty
Przystanek w drodze powrotnej

Dzień Zdrowego Śniadania

11/08/2012
Post dedykowany wszystkim "śniadaniowym blogerkom", których kulinarne inspiracje zachęcają mnie do eksperymentowania z nowymi smakami, a przepyszne zdjęcia dodają uroku mokrym, rozespanym, jesiennym porankom. W szczególności dziękuję whinnes, która jako pierwsza zaczarowała mnie swoim śniadaniowym królestwem. 

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. 
Dzięki niemu mamy energię do pracy, a dzieci do nauki, lepiej koncentrują się podczas lekcji i mają siłę do zabawy. 
To najlepszy start w nowy dzień! 


Zdarzają się ostatnio dni, kiedy rano nie mam apetytu. Bo za późno, za szybko, zbyt mokro za oknem. To dla mnie zupełna nowość, gdyż odkąd pamiętam śniadanie było najważniejszym posiłkiem w trakcie dnia - nie tylko dlatego, że tak twierdzą mądrzy dietetycy odchudzający nieszczęśliwe kobiece kilogramy. Uwielbiam celebrować śniadanie, mieć na nie naprawdę dużo czasu. Czasami już przed położeniem się spać, myślę o tym, jak wspaniale będzie rano wsypać płatki do miski pełnej mleka, posmarować grahamkę masłem, zaparzyć kawę i rozkoszować się porannym rytuałem. Ze wszystkich posiłków w trakcie dnia to właśnie śniadania sprawiały mi zawsze największą przyjemność. Być może również dlatego, że - spędzając połowę nastoletniego życia na kontrolowaniu wagi - tylko podczas porannego obżarstwa mogłam pozwolić sobie na dosłownie wszystko, nie liczyć kalorii, najadać się do syta. Dowolność w wyborze śniadań umożliwia mi lawirowanie między jajecznicą i parówkami czy omletem z dodatkiem sera żółtego a słodkościami, takimi, jak ulubiona ostatnio owsianka. Z okazji obchodzonego dzisiaj Dnia Zdrowego Śniadania to właśnie tej "królowej pożywnych śniadań" chciałabym poświęcić trochę czasu oraz przekonać Was do ważnej roli, jaką poranny posiłek odgrywa w naszej diecie.

Zimno

11/03/2012
To już trzecia kawa. Mleczna, gorąca, paruje w zmarzniętych dłoniach. Jestem zwierzęciem ciepłolubnym i pogoda za oknem przyprawia mnie o gęsią skórkę, nawet wtedy, gdy obserwuję świat przez okno mojego pokoju. Zimno panoszące się na ulicach miast podsunęło mi pomysł na post, który dla osoby tak bardzo nieodpornej na niskie temperatury, jak ja wydaje się być kluczowy. 

Kochane dziewczyny, jeśli marzycie o karierze modelki przygotujcie się na zimno. Zimno w najczystszej postaci, ziąb przeszywający Wasze cienkie ciałka, chłód, który rozrywa pompujące lodowatą krew tętnice. Nigdy nie doświadczyłam zimna tak intensywnie, jak podczas pracy przy sesjach zdjęciowych. Być może wydaje się być to błahym problemem w porównaniu z samodzielnym ogarnianiem mapy miasta, samotnym podróżowaniem po lotniskach świata czy imprezami, na których musimy mieć oczy dookoła głowy. Wyobraźcie sobie jednak taką scenerię: plaża, której piasek pokryła biała kołdra puchu, kilkunastu ludzi w puchowych kurtach, chuchających w skostniałe z zimna dłonie, oszronione drzewa w oddali i jedna chuda, biała istotka odziana w nic innego, jak kostium kąpielowy. Dygocząca na wietrze niczym osika, z posiniałymi z zimna wargami, z trudem wykonująca ruchy, o jakie prosi fotograf w grubym, zimowym płaszczu. 
Musicie sobie bowiem uświadomić pewną regułę przy tworzeniu np. katalogów odzieżowych na następny sezon - to, co sfotografujemy latem, wychodzi jesienią/zimą i odwrotnie. Oznacza to, że zimą jesteśmy wystawione na mróz w wiosennych baletkach i letnich sukienkach, a przy 30 stopniach pozujemy w jesiennych swetrach i zimowych płaszczach.

Szczególnie z pierwszego pobytu w Tokio pamiętam kilka sesji, podczas których wydawało mi się, że z zimna oszaleję. Dosłownie. Miałam wrażenie, że wraz z kolejnymi członkami mojego ciała, zamarza również umysł, a wszystkie myśli i uczucia ścina cienka warstwa lodu. Podczas jednej z sesji musiałam siedzieć na samej górze drabiny na tle góry Fuji. Dygotałam tak straszliwie, że ekipa obawiała się, czy nie spadnę, natomiast fotograf denerwował się, krzycząc, bym nie trzęsła się z zimna, bo zdjęcia wyjdą poruszone. Cóż, nie życzę nikomu podobnych przeżyć.

Poniżej zdjęcia z sesji testowych w Tokio. Wszystkie zostały zrobione zimą, kiedy temperatura wahała się od kilku stopni na plusie do paru kresek poniżej zera. Nie muszę chyba dodawać, że praktycznie każda kończyła się paskudną chorobą...









Z dwojga złego wolałabym już pozować w futrze latem... 
A jakie jest Wasze zdanie?  
Kostium kąpielowy zimą czy grube swetry w upalny dzień?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
SZABLONY RZECZYLADNIEJSZE.PL