Lekko, szybko, tanio

10/31/2012
Rozpoczynając zapowiadany jakiś czas temu cykl o zdrowym odżywianiu chciałam się z Wami podzielić moimi ulubionymi przepisami z cyklu "lekko, szybko i tanio". 

Od lat jestem wielką fanką awokado i mogłabym smarować nim każdą kromkę. W wersji kanapkowej lubię je najbardziej, jednak chętnie eksperymentuję z awokado przy różnych okazjach. Ostatnio zamiast grahamki zabieram na uczelnię pełnoziarniste wrapy. Są naprawdę fantastyczną alternatywą dla chleba! Najbardziej lubię napakować do nich zdrowych, kolorowych pyszności, takich, jak świeże warzywa czy kiełki, dodać trochę sera i przede wszystkim wysmarować tortillę humusem połączonym z awokado.


Tokio part 4

10/28/2012
28 stycznia 2008, Tokio
Siedzę na łóżku, popijam gorącą kawę z mlekiem, próbuję skupić się na fizyce. Za parę godzin moi rówieśnicy zsuną z łóżek rozespane stopy, w zatłoczonych autobusach rozpoczną nowy dzień. Na pierwszej lekcji rozprostują senne myśli i powrócą w stan szkolnego zasępienia. Muszę teraz na bieżąco wypytywać K. o kartkówki, prace domowe i sprawdziany. Muszę odnaleźć w sobie siłę, by choć 30 minut dziennie poświęcić książce innej niż Tokarczuk. Muszę. Muszę. To tak cholernie trudne.

5 luty, wtorek
Ostatnim razem tak dużo i często śmiałam się w Nowym Jorku. Pierwszy casting dopiero o 16:30, ale konieczność zadzwonienia do agencji o drugiej znacznie ogranicza moje ewentualne plany na dzisiejszy dzień. Rano wypiłam kawę, zjadłam jabłko, banana, dokończyłam temat o Ottonach, pozmywałam naczynia gromadzone w zlewie od tygodnia. Dalej tkwię w dołku bezrobocia, ale piątkowa rozmowa z szefową agencji przynajmniej w pewnym stopniu pomogła mi się rozchmurzyć. Cieszy mnie to miasto, cieszy bycie tutaj, a jednocześnie mój umysł i ciało krępują węzły stresu. Dziewczyny są wspaniałe, przyjaźnie nastawione, chociaż każda ma poczucie, że jest dla drugiej konkurencją.
Zabieram aparat, wychodzę na spacer. Przynajmniej na 30 minut.

8 luty, piątek
Nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu nigdy nie być, że mogłabym dalej żyć, nie znając tutejszych przyjaciół, że mogłabym podziwiać świat, nie zasmakowawszy Japonii. Wśród tych ludzi, w tym mieście o stu twarzach czuję się wspaniale. Nabieram do płuc przyjaźni - świeżej, czystej, pięknej, pomagającej uwierzyć, że wciąż nadaję się do lubienia. Oprócz kawy z mlekiem, suszonych owoców i awokado, uzależniłam się od wolności, swobody jedzenia, elastyczności czasu nauki.
Wczorajszy dzień obdarzył mnie uczuciem dziecięcej świeżości, z najprostszych radości wydobył głębię i sens. Było mi tak dobrze - w zoo, razem z K., podjadając suszone mango i truskawki. Za niczym nie tęskniłam, zapomniałam o problemach, świeciło słońce, robiłam zdjęcia, podskoczyłam z wrażenia na widok żywej pandy. "Czy rok temu uwierzyłabyś, że będziesz spacerować po japońskim zoo, oglądając pandę, słonie i pingwiny?" - spytała mnie wczoraj K. Uśmiechnęłam się tylko i pomyślałam, jakie to szczęście, że nikt nigdy nie przepowiedział mi przyszłości.




Newsy

10/26/2012

Wielu z Was pytało mnie, dlaczego zakończyłam swoją przygodę z modelingiem. Powodów było dużo, między innymi brak czasu spowodowany dostaniem się na bardzo trudne i wymagające studia. Rozpoczęcie pracy nad blogiem - przypominanie sobie wszystkiego, co przeżyłam, ludzi, których poznałam, zdjęć, które zrobiłam - dało mi do zrozumienia, że mocno się za tym światem stęskniłam i że chciałabym dać samej sobie ostatnią szansę. 21 lat to kiepski wiek na rozpoczynanie kariery, jednak ja mam już za sobą czteroletnie doświadczenie w modelingu. Kiedyś byłam gotowa poświęcić tej pracy prawie wszystko. Teraz mam inne priorytety, zaczynam pisanie pracy licencjackiej. Mimo to nie umiałam odmówić sobie przyjemności z powrotu do zawodu modelki po ponad dwuletniej przerwie ;-) Póki co pragnę skupić się na ulepszaniu portfolio i pracy w Polsce. Co później? Czas pokaże, gdzie mnie popchnie życie. 

Zdecydowałam się na "świeżą" agencję, która na rynku funkcjonuje dopiero niecały rok. Zależało mi na tym, by agencja dostosowała się do mojego planu zajęć, by nie próbowała nigdzie wysyłać na siłę, zanim nie dokończę swoich studiów (a to stanie się mam nadzieję w czerwcu). Wiele dziewczyn szukając agencji kieruje się liczbą topmodelek na stronie oraz stażem pracy bookerów. I bardzo dobrze. Denerwuje mnie jednak krytyka nowo powstających agencji i szufladkowanie ich jako tych "słabych". Zarówno D'Vision, Model +, jak i wszystkie inne czołowe agencje również stawiały kiedyś pierwsze kroki na polskiej scenie modelingu, dlatego uważam, że każda kandadatka na modelkę musi sobie najpierw ustalić własne, bardzo osobiste cele i priorytety, nie sugerując się opinią innych, także tych "po fachu". To, co wyróżnia agencje modelek to przede wszystkim szczera, przyjazna atmosfera, profesjonalne podejście i zaangażowanie w promocję swoich podopiecznych. Duże agencje rządzą się swoimi prawami. W wielu z nich na stronie wisi po kilkanaście dziewczyn, które wcale nie pracują. Wysokie mniemanie o swoich możliwościach może często prowadzić do traktowania dziewczyn "z góry" i bardzo przedmiotowo. W agencji, z którą mam możliwość teraz współpracować nie odczuwa się żadnej presji, nie ma się poczucia, że każdy każdego ocenia i segreguje. Moim zdaniem A S ma duże szanse na rozwinięcie skrzydeł. Na to jednak zawsze potrzeba czasu i ja ten czas z wielką radością im poświęcę :-) 

Powrót do modelingu oznacza powrót do idealnej sylwetki, która niestety wraz z wiekiem coraz bardziej się zaokrągla. Taka kolej rzeczy... Dlatego też od dnia dzisiejszego wspieram w wysiłkach wszystkie aspirujące modelki, walczące ze zbędnymi centymetrami.
Moje aktualne wymiary to: 78-60-93. 
Cel: 88-89 w biodrach.
W związku z powyższym planowany od jakiegoś czasu cykl na temat zdrowego trybu życia i moich ulubionych potraw pojawiać będzie się na pewno częściej i w bardziej rozbudowanej wersji. Mam nadzieję, że zarówno Wasze, jak i moje wysiłki niedługo się opłacą i osiągniemy wyznaczone cele!

Pragnę jeszcze zaznaczyć, że charakter bloga nie ulegnie zmianie. Dalej będę wspominać, doradzać, dzielić się z Wami fragmentami moich starych pamiętników.
 

Poniżej link do strony mojej nowej agencji:
oraz naszego fanpage'a na facebooku:
 KLIK


 A na koniec mam dla Was jeszcze sesję z japońskiego magazynu SPUR:






Jestem ciekawa, co sądzicie na temat podjętej przeze mnie decyzji!
 Czekam z niecierpliwością na Wasze komentarze.

Co założyć na pierwszy casting, czyli mniej znaczy więcej

10/23/2012
Strój, który możecie zobaczyć na zdjęciach poniżej to idealna kombinacja na pierwsze spotkanie w agencji. Czerń jest zawsze w cenie, możecie do niej dodawać różne warianty kolorystyczne, lecz nie przesadzajcie ze wzorzystymi tkaninami, gdyż to WY macie stanowić pierwszy plan dla potencjalnego pracodawcy, a nie odwrotnie. Nie odciągajcie od siebie uwagi! Strój na casting ma doskonale ukazywać Waszą sylwetkę, dlatego nie wciskajcie się w modne boyfriend'y, luźne bluzy, długie spódnice czy grube swetry. Najbardziej uniwersalnym i bezpiecznym rozwiązaniem będą czarne leggingy oraz tank top w naturalnym odcieniu. Żadnych seksownych wycięć, dekoltów. Do polaroidów czy mierzenia będziecie musiały zdjąć okrycie wierzchnie, ale dobrze jest zaopatrzyć się w odpowiednie, gdyż agencja zobaczy nas najpierw "ubrane", a przecież zawsze liczy się pierwsze wrażenie ;-) Moim faworytem jest czarna marynarka. Koniec, kropka. Uniwersalna, elegancka, a zestawiona z fajnymi butami i torbą - robi cały look. Na casting do agencji nie musicie od razu wchodzić w 12-centrymetrowych szpilach, wystarczy, że będziecie miały buty do przebrania w torbie i w razie polaroidów wciśniecie w nie stopy. Na castingi organizowane przez konkretnych klientów wchodzimy na obcasie. Czasami w przypadku castingu do reklamy czy magazynu możemy z nich zrezygnować, ale jeśli chcecie dobrze wypaść na castingu do pokazu - bez wysokiej szpili nie ma co próbować. 

Moja propozycja to czarne legginso-spodnie z elementami skórzanymi, które absolutnie uwielbiam, dłuższa bluzka (krótkie i obcisłe topy do skórzanych spodni mogą dać niezamierzony wulgarny efekt) oraz ulubiona marynarka. Nie przesadzajcie również z biżuterią - zasada "mniej znaczy więcej" w zupełności się tutaj sprawdza. Ostatnia rzecz to brak makijażu (lub makijaż bardzo delikatny - rzęsy muśnięte maskarą, odrobinę korektora na cienie pod oczami) oraz czyste, niepotraktowane lokówką/prostownicą, naturalnie wyglądające włosy.







ZA SESJĘ DZIĘKUJĘ DANIELOWI WU

Tokio part 3

10/21/2012
Po kilkunastogodzinnej podróży i zgubnym wpływie, jaki wywiera na organizm jet-lag, czyli zespół nagłej zmiany strefy czasowej (między Tokio a Warszawą jest 8 godzin różnicy) marzyłam jedynie o wyprostowaniu zmęczonych nóg na łóżku i odpłynięciu w błogi, relaksujący sen. Jednak agencja miała wobec mnie inne plany. Zaraz po tym, jak manager, który odebrał mnie z parkingu Ana Hotel, wpakował moje walizki do bagażnika, wręczył klucze i kopertę z najważniejszymi informacjami (m.in. adresem agencji i mapką, jak do niej dotrzeć od apartamentu, w którym miałam mieszkać) dowiedziałam się, że spać nie pójdę jeszcze przez najbliższe parę ładnych godzin, gdyż mamy przed sobą 13 castingów do objechania i na żaden nie możemy się spóźnić. Po drodze zgarnęliśmy jeszcze kilka innych dziewczyn z agencji i tak załadowanym samochodem ruszyliśmy w neonowe wnętrzności Tokio. 

Wsiadając do samochodu na parkingu Ana Hotel miasto witało mnie chłodem poranka. Kiedy wysiadałam z niego około 23 w nocy - zmroziło zimnem. Jeden z najbardziej męczących dni w moim życiu dobiegał końca, ale nie był to absolutnie powód do radości. Okazało się, że w mieszkaniu, do którego przydzielono mnie i K. (również Polkę, na dodatek w moim wieku) nie działa ogrzewanie i nie ma ciepłej wody. Całą pierwszą noc przesiedziałyśmy w kurtkach, szalikach i czapkach, a włosy rano myłyśmy w misce zagotowanej na kuchence wody (z kuchenką zresztą też były spore problemy). Rano wybrałyśmy się na zakupy do pobliskiego marketu. Pragnąc popróbować słynnego japońskiego jedzenia, wyszukiwałyśmy na półkach interesujące kształty, kolory i opakowania, ni w ząb nie rozumiejąc, co wsadzamy do koszyka z zamiarem spałaszowania na śniadanie. Byłyśmy bardzo głodne, więc "kupowałyśmy oczami", jednak po dotarciu do domu okazało się, że 90% wybranych przez nas produktów nie nadaje się do jedzenia - przynajmniej nie dla dwóch 17-letnich Europejek, przyzwyczajonych do bułki i jajecznicy lub płatków z mlekiem na śniadanie. Wyrzuciłyśmy wszystko, oprócz tak swojsko wyglądających serków KIRI... Dopiero później booker poinstruował nas, w jaki sposób należy włączyć ogrzewanie w mieszkaniu, abyśmy już więcej nie musiały spać w zimowych  kurtkach.

Następnym punktem programu było odnalezienie agencji. Mieszkałyśmy w dzielnicy Azabu-Jūban czyli jakieś 30 minut spacerkiem od naszego celu na mapce. W Tokio agencje zawsze przekazują dziewczynom specjalne, rozrysowane przez nich mapki, na których zaznaczone są punkty orientacyjne, takie jak Starbucks, sklep 7eleven, poczta, salon karaoke, bar sushi itp.

Uzasadnienie konieczności rysowania mapek jest proste, choć zaskakujące dla cudzoziemca. Otóż w Tokio, mieście, które jest tak wielkie, że nie wiadomo, gdzie się kończy, a gdzie zaczyna, ulice nie mają nazw. Nadaje się je tylko wielkim arteriom albo głównym pasażom handlowym, a cała reszta pozostaje bezimienna. Ulice nie mają również numerów i w ogóle nie są punktem odniesienia. Zamiast tego miasto podzielone jest na jednostki administracyjne, coraz mniejsze kwadraciki, w których zagubiony wędrowiec szuka właściwego miejsca aż do momentu, gdy po prostu musi zapytać o drogę. Im bowiem bliżej celu, tym zadanie trudniejsze. W związku z tym w Tokio - co prawdopodobnie czyni je wyjątkowym w skali światowej - to pasażer taksówki zobowiązany jest wiedzieć, jak dotrzeć do danego miejsca, a nie jej kierowca. (...) W Tokio można bardzo szybko zorientować się w doskonałym systemie publicznego transportu i trafić na każdą stację, ale droga od stacji do domu, w którym nigdy się nie było, nie jest już taka prosta. Brak nazw ulic i dodatkowe pułapki z numerami domów sprawiają, że mapy i mapki są praktyczną koniecznością codziennego życia w Tokio. W każdej księgarni można znaleźć dział poświęcony mapom Tokio, gdzie leżą do wyboru propozycje konkurencyjnych wydawnictw, starających się przyciągnąć klientów barwnymi okładkami i obietnicą przejrzystości. Wizytówki wszystkich tokijskich firm, restauracji i innych instytucji oprócz adresu mają narysowany plan, aby potencjalni klienci mogli do nich trafić. Mapki towarzyszą też reklamom sklepów, klinik, zakładów kosmetycznych czy obiektów sportowych i drukowane są na przykład na opakowaniach chusteczek higienicznych, codziennie rozdawanych na ulicach i przy wejściu do metra.
(Fragment pochodzi z książki Joanny Bator pt. "Japoński wachlarz. Powroty")

W związku z powyżej opisanymi problemami poruszania się po Tokio, japońskie agencje wożą dziewczyny na castingi - w Europie czy Stanach same biegamy po mieście z książką w ręku i obcasami w torbie. Może się to początkowo wydawać przyjemne, jednak wyobraźcie sobie, że przez 8-9 godzin dziennie siedzicie wciśnięte między inne dziewczyny (w jednym samochodzie agencja potrafi upchnąć nawet siedem modelek naraz), jeżdżąc nie tylko na swoje, ale też ich castingi (jeśli my akurat nie mamy danego castingu, zostajemy w samochodzie i czekamy, aż inne skończą - przez kilkanaście minut, a czasem i dwie godziny), kiedy jedyną rozrywką staje się słuchanie muzyki, czytanie książek albo oglądanie wciąż powtarzających się obrazów za oknem (castingi rozsiane są po całym mieście, jednak organizowanie w tych samych miejscach).



















Tokio part 2

10/18/2012








WIDOK Z MOJEGO POKOJU
MÓJ POKÓJ


ŚNIEG W TOKIO NIESTETY NIE JEST WYJĄTKIEM ;-)

Tokio part 1

10/15/2012
Tak naprawdę cała ta Japonia jest czystym wymysłem. Nie ma ani takiego kraju, ani takich ludzi.                                                                                                                                                        - Oskar Wilde

Pamiętam poranną mgłę na warszawskim lotnisku, wystraszone twarze rodziców, milczenie dziadka, drżące dłonie, ciężką walizkę i ciepło niechcianych łez na policzku. Bardzo zależało mi na tym, by nie płakać, tak bardzo chciałam pokazać najbliższym, że mimo zaledwie 16 lat poradzę sobie w odległej Japonii, nie zagubię się w labiryncie skośnookich miast. Po Nowym Jorku mój kredyt zaufania jeszcze silniej nabrał na wartości, jednak tym razem sama nie byłam pewna, czy zaciągnęłam go słusznie. W dłoni ściskałam wydrukowany wcześniej bilet, który agencja wysłała mi na dwa tygodnie przed odlotem. Tym razem leciałam zupełnie sama. Trzęsłam się w środku jak osika na wietrze, dygotałam z przerażenia i podniecenia tym, co za chwilę miało nastąpić. Ostatecznie nie udało mi się powstrzymać spazmatycznych szlochów, kiedy nadszedł czas pożegnania z rodzicami. Przekraczając bramkę na lotnisku nie mogłam pozbyć się uciążliwego wrażenia, że za chwilę pochłonie mnie obca, nieoswajalna rzeczywistość.

Gdy wstaliśmy, by ustawić się w wyjątkowo porządnej kolejce do samolotu, poczułam kolejny przypływ niesprecyzowanego cielesnego dyskomfortu. Nagle coś zaczęło być ze mną nie tak. Dziwnie. Z pewnością inaczej niż zwykle. Po chwili dopiero zdałam sobie sprawę, że - o cudzie - należę do najwyższych kobiet w poczekalni i góruję wzrostem nad wieloma mężczyznami.

Po przesiadce w Helsinkach znalazłam się ostatecznie w bezpośrednim samolocie do Tokio. Zapadłam w przepaść fotela, marząc o głębokim, odżywczym śnie, jednak ten uparcie nie nadchodził. Przed sobą miałam perspektywę przeszło 10-godzinnego lotu, więc znudzona do granic możliwości, przeskakiwałam obcojęzyczne kanały na monitorku umieszczonym w oparciu poprzedzającego fotela. Parę godzin później doczekałam się mojej ulubionej części podczas długodystansowych lotów, czyli JEDZENIA ;-) Stewardesy rozdały pasażerom menu, z którego mieliśmy następnie wybrać jedną z propozycji (jedno danie w stylu japońskim, drugie w europejskim). Będąc już wcześniej wielką miłośniczką japońskiej kuchni, zdecydowałam się oczywiście na opcję numer jeden.

Przeciętny Polak przez całe życie nie wypowie bowiem tylu zdań na temat bigosu, ile Japończyk może wyprodukować na temat ulubionej potrawy podczas codziennej kolacji. Moja edukacja kulinarna zaczęła się od podanej w samolocie zaru-soba, czyli zimnego makaronu z gryczanej mąki posypanego pokrojonymi w cienkie paseczki, sprasowanymi wodorostami nori. To lekkie danie jest szczególnie popularne latem. Makaron je się, mocząc każdy kęs w sosie sojowym zmieszanym z kilkoma piórkami szczypiorku i odrobiną wasabi, zielonej ostrej przyprawy, która jest japońską odmianą chrzanu. 


Jeśli nigdy nie próbowaliście makaronu gryczanego - gorąco polecam. Pyszny zarówno na zimno, jak i podany tuż po ugotowaniu. Dostępny w większości supermarketów w dziale z żywnością orientalną (w Almie czy Kuchniach Świata znajdziecie go na 100%). Osobiście pozostaję fanką opisanego powyżej dania - czekam aż makaron wystygnie, wkrawam do niego cieniutkie maseczki nori, a następnie maczam w moim ukochanym sojowym sosie, siorbiąc przy tym głośno, jak na studentkę japonistyki przystało ;-)

Japończycy siorbią, wciągając kluski tak, jak robią to u nas dzieci, dopóki nie dostosują się do kulturowego wymogu eliminowania cielesnych odgłosów i bezgłośnego jedzenia, jak każe zachodni zwyczaj. Dla Japończyka jednak jeść bezgłośnie to tak, jakby pozbawić się połowy przyjemności. 

Po wylądowaniu na lotnisku w Naricie musiałam szybko doprowadzić się do porządku: szczotkowanie zębów, mycie twarzy i delikatny makijaż w toalecie, a następnie telefon do agencji, by potwierdzić swój bezpieczny przylot i poinformować o przybliżonym czasie, w którym dotrę do Tokio. Oczywiście mój polski telefon przestał działać - musiałam wykupić specjalną kartę i skorzystać z tego na lotnisku. Na całe szczęście z pomocą w ogarnięciu całego zamieszania przyszła mi Viola K., która w Tokio pracowała już wcześniej wielokrotnie. Leciałyśmy tym samym lotem i zapewne musiała dostrzec zagubienie w moich oczach, bo od razu odgadła, że jestem modelką (wysoka, chuda dziewczyna lecąca samotnie do Tokio z wielką walizką i laptopem daje jasno do zrozumienia o charakterze swojej pracy). Aby dotrzeć do Tokio musiałam kupić bilet na specjalny autobus kursujący z lotniska. Po około godzinnej jeździe kierowca zatrzymał się na końcowym przystanku - Ana Hotel w samym sercu miasta. Wtedy wystarczyło już tylko czekać na samochód z agencji i rozpoczęcie kolejnej wielkiej przygody.

Wszystkie cytowane fragmenty pochodzą z książki "Japoński wachlarz. Powroty" Joanny Bator.

Przeddzień wylotu do Tokio

10/08/2012

7 stycznia 2008, w moim ciepłym domu
Jestem spokojniejsza. Za oknem jakby początek marca, jasny, ciepły, cudowny, a przecież to dopiero pierwsze dni stycznia. Odpowiadam sama za siebie, znowu wystawiam się na ciężką próbę, ale nikogo za to nie winię, nie mam w sobie żadnych sprzeczności, konfliktów. Czas kurczy się tak, jak odległości, jeśli tylko bardzo nam na tym zależy. Sześć tygodni. 45 dni. Dużo czy mało? Wystarczająco, by zapragnąć znowu powrócić do domu, nauczyć się od nowa codzienności i docenić to, co się ma pod nosem.
      
Lubię myśleć, że jest tak, jak być powinno, że Bóg ma wobec nas mądrze obmyślany plan. Łatwiej człowiekowi żyć w poczuciu stabilności, bez ciągłego roztrząsania "co by było, gdyby". R. poszukuje w życiu harmonii, wynikającej z przeznaczenia, z odgórnie narzuconego planu działania. Przeznaczenie jest dla tchórzy. Być może chciałabym mu zaprzeczyć, ale w pewnej mierze się ku niemu nachylam. Odrzucam jednak bierność człowieka, który wierząc w życie dawno temu ułożone, hamuje siebie, swój rozwój i odruchowe działania, przyjmując świat podany na tacy nie dostrzega potrzeby, by go ulepszyć, doprawić, pokroić na kawałki. "Po śmierci nie ma nic", mówi R. Czysto, pusto, cicho. Nie ma więc do czego dążyć, nie ma o co się starać, o czym marzyć, nad czym myśleć, do czego tęsknić. I R. ciągnie dalej: "należy więc korzystać z życia, póki czujemy w żyłach ciepło pulsującą krew." Czemu więc nie rozluźnić napiętych mięśni zakazów, czemu ustalać reguły, z których nikt nas nie rozliczy? Przeznaczenie i pustka to azyl dla niewiernych, przytułek dla wygodnych, zlizujących z życia kłamstwo. Jeśli dotykam przeznaczenia, to nazywam je opieką i przyjmuję bez walki w imię posłuszeństwa. Trudno odróżnić pokorę od bezczynności, ale jedynie niewiedza pcha nas w labirynt rozwoju.
      
Jeśli więc jest tak, jak być powinno, to wyruszę jutro w świat nowy, jeszcze nierozpakowany. Obwącham inność, rozłupię odmienność, rozgryzę nieznane, by poczuć smak życia.






Zdjęcia autorstwa Asi Gwarek Gwajo

Bajkowe zakończenie

10/05/2012
Praca dla Jill Stuart, którą opisałam w poprzednim poście okazała się koszmarem, jednak miała prawdziwie bajkowe zakończenie. 

Dziewczyny przyjeżdżające na kontrakty do stolicy mody, jak Mediolan, Nowy Jork czy Paryż nie zawsze dorastają w wielkich miastach, wśród obeznanych z najnowszymi trendami fashionistek, nie zawsze mają skąd czerpać inspiracje, nie zawsze stać je na ubrania ciekawsze i droższe od tych z osiedlowego sklepiku "Mariola". Czasem po prostu młody wiek staje się przeszkodą w wyrobieniu własnego stylu - ja kończąc gimnazjum wybierałam ubrania wygodne i niewyszukane, które być może sprawdzały się na szkolnym korytarzu, lecz na pewno nie wyróżniały mnie na castingach. W agencji uznano, że powinnam nieco odświeżyć dotychczasową garderobę "dzieciaka" i dodać sobie elegancji oraz lekkiego pazura. 

Pieniędzy za wykonaną pracę nigdy nie zobaczyłam, ale noszę je na sobie do dziś. 

JAC w kampanii Jill Stuart

Kilka dni po naszej nieszczęsnej pracy u Jill Stuart bookerka NEXT'a zabrała mnie i J. na "zakupy". Okazało się, że agencja postanowiła przeznaczyć zarobione dzięki showroom'owi pieniądze na ubrania, abyśmy mogły odpowiednio prezentować się na castingach. Nie do końca rozumiejąc, co nas czeka, weszłyśmy do ekskluzywnego butiku Jill Stuart w samym sercu Manhattanu, by po chwili znaleźć się w magazynie pod poziomem sklepu, pełnym strojów z poprzednich kolekcji. Bookerka wyjaśniła nam, ile pieniędzy zarobiłyśmy i w związku z tym, do jakiej kwoty możemy wybrać sobie ubrania. A było w czym wybierać!

Szalałyśmy w przymierzalni przez parę ładnych godzin, wybór był naprawdę trudny, bo projekty Jill Stuart to prawdziwe dzieła sztuki, w których każda kobieta może poczuć się wyjątkowa. Wracałyśmy do domu zataczając się pod ciężarem toreb wypełnionych po brzegi ubraniami oraz trzema parami butów, które dla siebie wypatrzyłam. Możecie sobie wyobrazić naszą radość z ponownego oglądania "zakupów", wypakowywania sukienek, przymierzania bluzek, przechadzania się w szpilkach po mieszkaniu, niczym po wybiegu Chanel ;-)

Był to jedyny raz, kiedy w zamian za wykonaną pracę otrzymałam stertę markowych ciuchów. Być może topmodelki dostają prezenty od projektantów, by pojawiać się w prezentowanych na wybiegu kreacjach już w parę dni po pokazie, jednak nie jest to przywilejem "przeciętnej" modelki. Nie dostajemy ubrań, które są nam przypisane na pokazie, nie dostajemy zniżek na zakupy u projektanta. Czasami do agencji zostają przysłane stroje dla konkretnej topmodelki, a jeśli nie przypadną jej do gustu - MY dostajemy te - bądź co bądź efektowne - "resztki".

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
SZABLONY RZECZYLADNIEJSZE.PL