Tokio part 3

10/21/2012
Po kilkunastogodzinnej podróży i zgubnym wpływie, jaki wywiera na organizm jet-lag, czyli zespół nagłej zmiany strefy czasowej (między Tokio a Warszawą jest 8 godzin różnicy) marzyłam jedynie o wyprostowaniu zmęczonych nóg na łóżku i odpłynięciu w błogi, relaksujący sen. Jednak agencja miała wobec mnie inne plany. Zaraz po tym, jak manager, który odebrał mnie z parkingu Ana Hotel, wpakował moje walizki do bagażnika, wręczył klucze i kopertę z najważniejszymi informacjami (m.in. adresem agencji i mapką, jak do niej dotrzeć od apartamentu, w którym miałam mieszkać) dowiedziałam się, że spać nie pójdę jeszcze przez najbliższe parę ładnych godzin, gdyż mamy przed sobą 13 castingów do objechania i na żaden nie możemy się spóźnić. Po drodze zgarnęliśmy jeszcze kilka innych dziewczyn z agencji i tak załadowanym samochodem ruszyliśmy w neonowe wnętrzności Tokio. 

Wsiadając do samochodu na parkingu Ana Hotel miasto witało mnie chłodem poranka. Kiedy wysiadałam z niego około 23 w nocy - zmroziło zimnem. Jeden z najbardziej męczących dni w moim życiu dobiegał końca, ale nie był to absolutnie powód do radości. Okazało się, że w mieszkaniu, do którego przydzielono mnie i K. (również Polkę, na dodatek w moim wieku) nie działa ogrzewanie i nie ma ciepłej wody. Całą pierwszą noc przesiedziałyśmy w kurtkach, szalikach i czapkach, a włosy rano myłyśmy w misce zagotowanej na kuchence wody (z kuchenką zresztą też były spore problemy). Rano wybrałyśmy się na zakupy do pobliskiego marketu. Pragnąc popróbować słynnego japońskiego jedzenia, wyszukiwałyśmy na półkach interesujące kształty, kolory i opakowania, ni w ząb nie rozumiejąc, co wsadzamy do koszyka z zamiarem spałaszowania na śniadanie. Byłyśmy bardzo głodne, więc "kupowałyśmy oczami", jednak po dotarciu do domu okazało się, że 90% wybranych przez nas produktów nie nadaje się do jedzenia - przynajmniej nie dla dwóch 17-letnich Europejek, przyzwyczajonych do bułki i jajecznicy lub płatków z mlekiem na śniadanie. Wyrzuciłyśmy wszystko, oprócz tak swojsko wyglądających serków KIRI... Dopiero później booker poinstruował nas, w jaki sposób należy włączyć ogrzewanie w mieszkaniu, abyśmy już więcej nie musiały spać w zimowych  kurtkach.

Następnym punktem programu było odnalezienie agencji. Mieszkałyśmy w dzielnicy Azabu-Jūban czyli jakieś 30 minut spacerkiem od naszego celu na mapce. W Tokio agencje zawsze przekazują dziewczynom specjalne, rozrysowane przez nich mapki, na których zaznaczone są punkty orientacyjne, takie jak Starbucks, sklep 7eleven, poczta, salon karaoke, bar sushi itp.

Uzasadnienie konieczności rysowania mapek jest proste, choć zaskakujące dla cudzoziemca. Otóż w Tokio, mieście, które jest tak wielkie, że nie wiadomo, gdzie się kończy, a gdzie zaczyna, ulice nie mają nazw. Nadaje się je tylko wielkim arteriom albo głównym pasażom handlowym, a cała reszta pozostaje bezimienna. Ulice nie mają również numerów i w ogóle nie są punktem odniesienia. Zamiast tego miasto podzielone jest na jednostki administracyjne, coraz mniejsze kwadraciki, w których zagubiony wędrowiec szuka właściwego miejsca aż do momentu, gdy po prostu musi zapytać o drogę. Im bowiem bliżej celu, tym zadanie trudniejsze. W związku z tym w Tokio - co prawdopodobnie czyni je wyjątkowym w skali światowej - to pasażer taksówki zobowiązany jest wiedzieć, jak dotrzeć do danego miejsca, a nie jej kierowca. (...) W Tokio można bardzo szybko zorientować się w doskonałym systemie publicznego transportu i trafić na każdą stację, ale droga od stacji do domu, w którym nigdy się nie było, nie jest już taka prosta. Brak nazw ulic i dodatkowe pułapki z numerami domów sprawiają, że mapy i mapki są praktyczną koniecznością codziennego życia w Tokio. W każdej księgarni można znaleźć dział poświęcony mapom Tokio, gdzie leżą do wyboru propozycje konkurencyjnych wydawnictw, starających się przyciągnąć klientów barwnymi okładkami i obietnicą przejrzystości. Wizytówki wszystkich tokijskich firm, restauracji i innych instytucji oprócz adresu mają narysowany plan, aby potencjalni klienci mogli do nich trafić. Mapki towarzyszą też reklamom sklepów, klinik, zakładów kosmetycznych czy obiektów sportowych i drukowane są na przykład na opakowaniach chusteczek higienicznych, codziennie rozdawanych na ulicach i przy wejściu do metra.
(Fragment pochodzi z książki Joanny Bator pt. "Japoński wachlarz. Powroty")

W związku z powyżej opisanymi problemami poruszania się po Tokio, japońskie agencje wożą dziewczyny na castingi - w Europie czy Stanach same biegamy po mieście z książką w ręku i obcasami w torbie. Może się to początkowo wydawać przyjemne, jednak wyobraźcie sobie, że przez 8-9 godzin dziennie siedzicie wciśnięte między inne dziewczyny (w jednym samochodzie agencja potrafi upchnąć nawet siedem modelek naraz), jeżdżąc nie tylko na swoje, ale też ich castingi (jeśli my akurat nie mamy danego castingu, zostajemy w samochodzie i czekamy, aż inne skończą - przez kilkanaście minut, a czasem i dwie godziny), kiedy jedyną rozrywką staje się słuchanie muzyki, czytanie książek albo oglądanie wciąż powtarzających się obrazów za oknem (castingi rozsiane są po całym mieście, jednak organizowanie w tych samych miejscach).



















31 komentarzy:

  1. uwielbiam czytać twoje posty. pokazujesz, jak praca modelki wygląda naprawdę, że faktycznie jest to ciężka praca a nie ciągła laba. chciałabym pojechać do Tokio, ale może w celach bardziej turystycznych ;d
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniały wpis, naprawdę interesująco piszesz, przynajmniej dla mnie, bo bardzo interesuję się wszystkim związanym z modelingiem. :) Wspaniałe także zdjęcia! Mam nadzieję, że i mi się kiedyś uda w taką podróż wybrać. Niesamowita modelingowa przygoda. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. to wszystko jest takie niesamowite dla mnie .. :))

    OdpowiedzUsuń
  4. hi! i hope we can follow each others blog :)))

    http://awallflowersjournal.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. powinnas kiedys wydac ksiazke ze swoimi przygodami:)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękne zdjęcia,ale pewnie nie oddają całego uroku Tokio. Przeżycia miałaś niesamowite, teraz pewnie jak to wszystko wspominasz to się uśmiechasz,ale wtedy pewnie nie do końca było Ci do śmiechu,ale na pewno często wspominasz swoje przygody:) A.

    OdpowiedzUsuń
  7. <3<3
    mam pytanie czy pierwsze polaroidy do agencji mogę wykonać lustrzanką(dosyć starą)czy muszę cyfrówką? Bo mam tylko lustrzankę w domu, cyfrówka w sumie jest, ale zepsuta. ;<
    nie wiem co robić a Chciała bym wypaść jak najlepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem możesz je nawet zrobić aparatem w telefonie, jeśli tylko dobrze oddadzą Twoją twarz oraz sylwetkę. Nie ma żadnych wymogów co do sprzętu, którym wykonujesz swoje pierwsze zdjęcia.

      Usuń
    2. Dziękuje za odpowiedź <3

      Usuń
  8. uwielbiam Twoje wpisy. sama też chcę lecieć na kontrakt, i Twoje posty mega pokazują mi ten cały świat ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. WoW. Miałaś sytuację, że się zgubiłaś w tym "małym" mieście?
    Twoje posty są po prostu cudowne ! Przedstawiasz takie niecodzienne życie, takie interesujące.
    Współczuję tej ciężkiej nocki i gratuluję wytrwałości w tym, że cały czas dążysz do celu :)

    OdpowiedzUsuń
  10. To jest lepsze niż mój post o Ukrainie :) Pozazdrościć możliwości zobaczenia "na żywo" tej niezwykłej architektury!

    caayenne.blogspot.com

    P.S Bardzo lubię do Ciebie zaglądać :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Kocham Ciebie i Twoje posty ! <33

    Nie myślałaś może o pisarstwie ??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę o tym nieprzerwanie ;-) Pozdrawiam!

      Usuń
  12. świetne zdjęcia, wspanialy post ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ojej ale galimatias w tym Tokio. Czasem się zastanawiam, jakbym sobie poradziła w tak dużym mieście ;)Jestem lekką panikarą;p
    Pozdrawiam, Donna

    OdpowiedzUsuń
  14. Hej <3
    Mam troszkę dziwne pytanko:
    Jak myślisz mogę odwiedzić agencje bez wcześniejszego umawiania się ? Chodzi mi tu o D'vision, na forach coś tam czytałam, że raczej można ale nie wiem na ile to prawda. Do agencji mam 2 ulice dalej więc dlatego się pytam. ;d
    Chciała bym po prostu dowiedzieć się co o mnie myślą. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam polityki tej agencji, jednak nie sądzę, by na porządku dziennym było wpadanie dziewczyn ot tak na casting. To agencja dzwoni do Ciebie, jeśli jest zainteresowana zdjęciami, które im wyślesz. W przeciwnym razie nie zaproszą Cię na spotkanie.

      Usuń
  15. Ojej, zdjęcia wyglądają kapitalnie. Aczkolwiek nie zazdroszczę tych męczących godzin. To musiał być naprawdę długi dzień. Zapewne po nim padłyście zmęczone nie licząc oczywiście braku ogrzewania i ciepłej wody. Gdybym miałam 90% pieniążków wydanych na jedzenie wyrzucić w błoto, to już bym wolała wmusić w siebie to jedzenie :D
    Za to dowiedziałam się czegoś ciekawego o Tokio - brak nazw ulic. Chybabym nie wydoliła w tym mieście. Kapitalny pomysł umieszczania wątków z książki o Japonii. Super się to czyta i nawet kiedyś chyba się skuszę na tę książkę, o ile ją znajdę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W kwestii książki polecam Allegro lub księgarnie internetowe ;-) Pozdrawiam ;*

      Usuń
  16. Odpowiedzi
    1. Japonistykę. Jest o tym informacja w rubryce "o mnie" :-)

      Usuń
  17. Hej. Mam pewien problem, a mianowicie choruje na bielactwo... Niestety mam plamy na rękach i są one bardzo widoczne... Chciałabym zostać modelkę mam prawie 178cm wzrostu i dobre wymiary itp. Myslisz, ze te przebarwienia moga sprawic, ze nie uda mi sie nawiazac wspolpracy z agencja?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to być dużym utrudnieniem w podjęciu pracy z agencją. Nie jestem specjalistką od zmian skórnych, nie mam pojęcia, jak bardzo widoczne są Twoje plamy na rękach, jednak moim zdaniem możesz mieć problemy w przypadku pracy jako modelka, gdyż wszystkie zmiany skórne są brane pod uwagę. Z drugiej strony, jeśli masz idealne wymiary i ciekawą twarz - zawsze z pomocą przychodzi łaskawy wujek Photoshop ;-)
      Wyślij zdjęcia do agencji i sprawdź, co Ci powiedzą na ten temat. Życzę powodzenia! :)

      Usuń
  18. hej,
    Zdjecia cudowne. Rzeczywiscie ta idea bieganie po castingach caly dzien oraz wcisnietcia pomiedzy inne modelki nie brzmi zbyt kuszaco... Uwielbiam Cie czytac

    OdpowiedzUsuń
  19. Obejrzałam fotki i łza się w oku zakręciła, pamiętam, jak jadłyśmy te zupki na Asakusie :) Fajnie, że wracasz do pracy, trzymam kciuki i dawaj znać o postępach. Ola K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, kochana! Zupki na Asakusie za 300 yenów to niezapomniane przeżycie :) Całuję;*

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
SZABLONY RZECZYLADNIEJSZE.PL