Tokio part 1

10/15/2012
Tak naprawdę cała ta Japonia jest czystym wymysłem. Nie ma ani takiego kraju, ani takich ludzi.                                                                                                                                                        - Oskar Wilde

Pamiętam poranną mgłę na warszawskim lotnisku, wystraszone twarze rodziców, milczenie dziadka, drżące dłonie, ciężką walizkę i ciepło niechcianych łez na policzku. Bardzo zależało mi na tym, by nie płakać, tak bardzo chciałam pokazać najbliższym, że mimo zaledwie 16 lat poradzę sobie w odległej Japonii, nie zagubię się w labiryncie skośnookich miast. Po Nowym Jorku mój kredyt zaufania jeszcze silniej nabrał na wartości, jednak tym razem sama nie byłam pewna, czy zaciągnęłam go słusznie. W dłoni ściskałam wydrukowany wcześniej bilet, który agencja wysłała mi na dwa tygodnie przed odlotem. Tym razem leciałam zupełnie sama. Trzęsłam się w środku jak osika na wietrze, dygotałam z przerażenia i podniecenia tym, co za chwilę miało nastąpić. Ostatecznie nie udało mi się powstrzymać spazmatycznych szlochów, kiedy nadszedł czas pożegnania z rodzicami. Przekraczając bramkę na lotnisku nie mogłam pozbyć się uciążliwego wrażenia, że za chwilę pochłonie mnie obca, nieoswajalna rzeczywistość.

Gdy wstaliśmy, by ustawić się w wyjątkowo porządnej kolejce do samolotu, poczułam kolejny przypływ niesprecyzowanego cielesnego dyskomfortu. Nagle coś zaczęło być ze mną nie tak. Dziwnie. Z pewnością inaczej niż zwykle. Po chwili dopiero zdałam sobie sprawę, że - o cudzie - należę do najwyższych kobiet w poczekalni i góruję wzrostem nad wieloma mężczyznami.

Po przesiadce w Helsinkach znalazłam się ostatecznie w bezpośrednim samolocie do Tokio. Zapadłam w przepaść fotela, marząc o głębokim, odżywczym śnie, jednak ten uparcie nie nadchodził. Przed sobą miałam perspektywę przeszło 10-godzinnego lotu, więc znudzona do granic możliwości, przeskakiwałam obcojęzyczne kanały na monitorku umieszczonym w oparciu poprzedzającego fotela. Parę godzin później doczekałam się mojej ulubionej części podczas długodystansowych lotów, czyli JEDZENIA ;-) Stewardesy rozdały pasażerom menu, z którego mieliśmy następnie wybrać jedną z propozycji (jedno danie w stylu japońskim, drugie w europejskim). Będąc już wcześniej wielką miłośniczką japońskiej kuchni, zdecydowałam się oczywiście na opcję numer jeden.

Przeciętny Polak przez całe życie nie wypowie bowiem tylu zdań na temat bigosu, ile Japończyk może wyprodukować na temat ulubionej potrawy podczas codziennej kolacji. Moja edukacja kulinarna zaczęła się od podanej w samolocie zaru-soba, czyli zimnego makaronu z gryczanej mąki posypanego pokrojonymi w cienkie paseczki, sprasowanymi wodorostami nori. To lekkie danie jest szczególnie popularne latem. Makaron je się, mocząc każdy kęs w sosie sojowym zmieszanym z kilkoma piórkami szczypiorku i odrobiną wasabi, zielonej ostrej przyprawy, która jest japońską odmianą chrzanu. 


Jeśli nigdy nie próbowaliście makaronu gryczanego - gorąco polecam. Pyszny zarówno na zimno, jak i podany tuż po ugotowaniu. Dostępny w większości supermarketów w dziale z żywnością orientalną (w Almie czy Kuchniach Świata znajdziecie go na 100%). Osobiście pozostaję fanką opisanego powyżej dania - czekam aż makaron wystygnie, wkrawam do niego cieniutkie maseczki nori, a następnie maczam w moim ukochanym sojowym sosie, siorbiąc przy tym głośno, jak na studentkę japonistyki przystało ;-)

Japończycy siorbią, wciągając kluski tak, jak robią to u nas dzieci, dopóki nie dostosują się do kulturowego wymogu eliminowania cielesnych odgłosów i bezgłośnego jedzenia, jak każe zachodni zwyczaj. Dla Japończyka jednak jeść bezgłośnie to tak, jakby pozbawić się połowy przyjemności. 

Po wylądowaniu na lotnisku w Naricie musiałam szybko doprowadzić się do porządku: szczotkowanie zębów, mycie twarzy i delikatny makijaż w toalecie, a następnie telefon do agencji, by potwierdzić swój bezpieczny przylot i poinformować o przybliżonym czasie, w którym dotrę do Tokio. Oczywiście mój polski telefon przestał działać - musiałam wykupić specjalną kartę i skorzystać z tego na lotnisku. Na całe szczęście z pomocą w ogarnięciu całego zamieszania przyszła mi Viola K., która w Tokio pracowała już wcześniej wielokrotnie. Leciałyśmy tym samym lotem i zapewne musiała dostrzec zagubienie w moich oczach, bo od razu odgadła, że jestem modelką (wysoka, chuda dziewczyna lecąca samotnie do Tokio z wielką walizką i laptopem daje jasno do zrozumienia o charakterze swojej pracy). Aby dotrzeć do Tokio musiałam kupić bilet na specjalny autobus kursujący z lotniska. Po około godzinnej jeździe kierowca zatrzymał się na końcowym przystanku - Ana Hotel w samym sercu miasta. Wtedy wystarczyło już tylko czekać na samochód z agencji i rozpoczęcie kolejnej wielkiej przygody.

Wszystkie cytowane fragmenty pochodzą z książki "Japoński wachlarz. Powroty" Joanny Bator.

22 komentarze:

  1. przeczytałam, ze studiujesz japonistykę? na czym polegają te studia, co na nich robisz i jaka po nich czeka cie praca? :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzielna z Ciebie dziewczyna, z pewnością spełnisz marzenia, życzę Ci tego z całego serca.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kochana! uwielbiam Cie, jesteś niesamowita! ale to, mówiłam Ci już kilkukrotnie. nie widziałam Cię już dobre półtora miesiąca, ale całe szczęście, że masz tego niesamowitego bloga, bo Twoja mądrość życiowa, styl i sposób myślenia może otaczać mnie nawet gdy się nie widzimy <3 BLOG W ULUBIONYCH. ZDECYDOWANYCH ULUBIONYCH! Powodzenia! Mag.

    OdpowiedzUsuń
  4. niesamowite! to super dowiadzcenie pojechac tam, w inny krag kulturowy. tez bym chciala... a z kuchni japonskiej to na razie tylko sushi:)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzielna byłaś :-) zazdroszczę Japonii, zawsze chciałam tam się znaleźć. Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Podoba mi się to, że w Japonii siorbie się w trakcie pochłaniania makaronu/ posiłku... sama uwielbiam to robic a ograniczanie tego u nas jest "męką";))

    OdpowiedzUsuń
  7. zazdraszczam mocno takich możliwości podrożowania :) no i podziwiam bardzo - sama bałabym się lecieć w te rózńe strony świata!

    OdpowiedzUsuń
  8. Kolejna niesamowita przygoda, kochana jesteś niezwykła
    pozdrawiam:*

    Ola

    OdpowiedzUsuń
  9. Mozesz zrobic nastepny post o doladnych zarobkach modelek w polsce i za granica? jak to dokladnie jest, ile kasy idze dla agencji i ile dla modelki, no i czy mozna za to przezyc i kontynuowac modeling jako prawe w zyciu ?:P
    Proszee, napisz, bo jak zdejmą mi aparat to dostalm 3 propozycje od agencji i chce wiedziec jak to wszytsko wygląda heh <3

    OdpowiedzUsuń
  10. Oto dobry przykład na to, że nie każda dziewczyna może być modelką - trzeba być bardzo, bardzo odważną i samodzielną. Dobrze, że piszesz. Wiesz, że lubię to czytać :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Kurczę zazdroszczę takich przeżyć i odwagi !
    Niewątpliwie to mój jeden z niewielu blogów które czytam od dechy do dechy z przejęciem :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Japonia <3 To jest coś, co mnie fascynuje odkąd zaczęłam czytać mangę i rysować różne postaci. Raz jeden jadłam pałeczkami ciekawy specjał, nie jestem do końca pewna, czy rodem z Japonii, bo był to makaron z ostrymi przyprawami, warzywami. Moim marzeniem jest nauczyć się robić ramen i onigiri. Ciekawy pomysł na obiad. Potrawę, którą prezentujesz nie miałam okazji ani poznać, ani o niej słyszeć. Jakoś tak ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Cieszę się, że prowadzisz tego bloga ;) otwierasz w nas nowe punkty widzenia

    OdpowiedzUsuń
  14. Uwielbiam Twoj blog.Ma niepowtarzalny szczery klimat. Jestem ciekawa dalszego ciagu :-)

    OdpowiedzUsuń
  15. o kurczę, a to Ci ciekawostka z tym siorbaniem przy jedzeniu :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Przeżycia miałaś niezapomniane. Uwielbiam podróże a do Japonii też kiedyś chciałabym polecieć. Zostałaś wyróżniona na moim blogu. Zapraszam ;-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
SZABLONY RZECZYLADNIEJSZE.PL